Właśnie dlatego, że te wydarzenia są zwykłymi i przeciętnymi, zdarzającymi się powszechnie na poziomie szarego obywatela, uważam, iż należy wiedzę o nich przekazać potomnym.
Stawanie się oświęcimianinem
-- W szkole
-- Już w pracy
-- W Instytucie
-- Na Z – IV
-- Na Z – VI
-- W Mikołowie
-- We Włocławku
-- Sielanka
-- Sprawa herbu
-- Wybory 2002
-- Po wyborach
Swoje przeżycia, a mając jeszcze w pamięci rodzinne opowieści o I wojnie światowej i wielkiej sprawie legionowej, nie uważam za jakieś szczególne. Wydarzenia w moich wspomnieniach "Stawanie się oświęcimianinem" i innych nie uznaję za nadzwyczajne. Przeciwnie, moim zdaniem są jak najbardziej typowe, żeby nie powiedzieć normalne dla tego czasu. Czasu totalizmu nazistowskiego i komunistycznego, czy okresu postkomuny, których byłem i jestem niestety nadal świadkiem. Właśnie dlatego, że te wydarzenia są zwykłymi i przeciętnymi, zdarzającymi się powszechnie na poziomie szarego obywatela, uważam, iż należy wiedzę o nich przekazać potomnym. Historycy bowiem, i słusznie, zajmują się rejestracją wydarzeń wielkich i znaczących, dotyczących prześladowań, wojen, bitew, mordów sądowych, czy zwykłych. Przeciętny obywatel, który w swojej masie uniknął katowni nazistowskich, czy komunistycznych, a tylko o nich słyszał i czytał, nie uniknął natomiast totalitarnego oddziaływania na siebie i otoczenie. Był przedmiotem i świadkiem tego czasu a o tym w annałach historii już się nie pisze. To jest prawie wyłącznie przekazywane w opowieściach rodzinnych i towarzyskich. Dlatego więc piszę, by po tych czasach, o środowisku szarych ludzi, pozostał jakiś ślad.
Te moje wspomnienia nie są ubarwiane jakąkolwiek fikcją literacką. Są spisaniem rzeczywistości, a osoby i ich nazwiska są równie prawdziwe. Nie posiadam wyobraźni literatów, by coś dodawać. Jestem technokratą, którego hobby są: Beskidy, narty i historia. Myślę, że jeśli któraś z tych niechlubnie wspominanych przeze mnie osób poczuje się zawstydzoną, osiągnę pełnię zadowolenia. Choć osobiście w to wątpię, gdyż znam ich socjalistyczną kłamliwą mentalność. Równocześnie pełen zrozumienia dziękuję wielu osobom, za ich pozytywne na mój los działanie, dziękuję wszystkim moim „dobrym duchom”. Dziękuję za ich postawę, a trzeba wiedzieć, że już samo wyrażanie swojej opinii, będącej odmienną od działania partii, było często powodem poważnych kłopotów dla ich wyrazicieli. Kilku z nich rozpoznałem, ujawniłem i ich działanie opisałem. Mam jednak świadomość, iż mogło ich być dużo więcej a dla swego bezpieczeństwa działali w kamuflażu i nie bezpośrednio w stosunku do mnie. Dlatego też mogłem tylko o kilku z nich wspomnieć, ale dziękuję wszystkim, za ich oddziaływanie, za ich często bezimienne wsparcie, które odczuwałem, co pozwalało mi być sobą.
Serdecznie dziękuję także personelowi II Oddziału Wewnętrznego Zespołu Zakładów Opieki Zdrowotnej w Oświęcimiu, ich bowiem wielokrotne starania umożliwiły mi spokojnie spisywać swoje wspomnienia i historyczne o Oświęcimiu opowieści. Do kształtu tychże opowieści, ich niektórych wątków w dużym stopniu przyczynił się hobbysta historii Oświęcimia i okolic Józef Rochowiak. Często bowiem rozprawialiśmy przez wiele godzin o historii naszego miasta, mając żal do uczonych, że nie prowadzili szerszych badań archeologicznych i w swoich opracowaniach bardzo marginalnie potraktowali wczesne średniowiecze Oświęcimia. A przecież Oświęcim jest na styku Moraw, Śląska i Małopolski i to nie tylko jako krain geograficznych, ale i różnych związków plemiennych.
Początek mojego opowiadania „Dni wolności na Hożej”, który w zasadzie jest zakończeniem tej mojej powstańczej opowieści, jest jakby zapowiedzią innego już życia. Przestałem być mieszkańcem Warszawy. Zostałem wypędzonym, tak jak wszyscy mieszkańcy Warszawy, ale nigdy nie przestanę być warszawiakiem. Nie przestanę, mimo że los kierować mną będzie bym znalazł swoją drugą małą ojczyznę i to stanowi o początku stawania się oświęcimianinem, będąc stale wypędzonym warszawiakiem. Choć gdybym nie uciekł z konwoju wypędzanych z Warszawy, a prowadzonych do obozu przejściowego w Pruszkowie, to miałbym szansę zostać oświęcimiakiem tzn. więźniem KL Auschwitz-Birkenau dużo wcześniej niż stałem się oświęcimianinem.
Przy czytaniu, życzę dobrych refleksji.
Oświęcim w kwietniu 2006 roku, Andrzej Szydlik.
Po perypetiach jeszcze wojennych, w marcu 1945 r. Znaleźliśmy się wraz z rodziną w Wysocku Małym, zasobnej wiosce, położonej 5 km od Ostrowa Wielkopolskiego. Ojciec został tam kierownikiem szkoły a mama nauczycielką. Rodzice podejmując decyzję o takim właśnie sposobie i miejscu na życie kierowali się zasadniczo dwoma względami. Jako polscy nauczyciele chcieli być potrzebni w miejscu o dużym prawdopodobieństwie ich braku, bowiem jeszcze przed dwoma miesiącami był to teren zagarnięty przez III Rzeszę, a wybierając zasobną wieś zadbali o możliwość odżywienia zmęczonej wygłodzonej rodziny po okupacyjnych i powstańczych przejściach.
W Ostrowie Wlkp. uczęszczałem do gimnazjum, korzystając z internatu, roweru a często również po prostu pieszo. W czerwcu 1948 r. zdałem t. zw. „małą maturę”. Na dalszą naukę wyjechałem do Bydgoszczy, gdzie zostałem uczniem Wydziału Chemicznego Państwowej Średniej Szkoły Technicznej. Poza sprawami szkolnymi, żywo interesowałem się pozaszkolnym życiem młodzieżowym. Koledzy wciągnęli mnie do ZMP, która to nazwa obiecywała polskość, co okazało się kłamstwem, jak również wstąpiłem do ZHP, gdzie chciałem znaleźć echo Szarych Szeregów i harcerskich oddziałów walczących z wrogiem w czasie Powstania Warszawskiego, co stało się prawdą, choć nie była to walka zbrojna.
Kolega z ławy szkolnej Jerzy Różański, już przy pierwszej naszej bliższej rozmowie, w której wzajemnie się przedstawialiśmy, zaznaczył, że on nie jest z tych warszawskich Różańskich. Początkowo nawet nie zrozumiałem w pełni tego oświadczenia, jego znaczenie dotarło do mnie później. To właśnie on, drużynowy w bydgoskim hufcu ZHP, uczynił ze mnie harcerza w stopniu ćwika i funkcji zastępowego. Mogłem się więc wyżyć w działaniu wśród przyjaznego grona druhów.
Jurek przydzielił mi jednak i inne zadania, co początkowo nawet mnie bawiło, bowiem miałem stać się aktywnym członkiem w ZMP. Jeździłem po wioskach i agitowałem do wstępowania w szeregi zarówno ZMP, jak i ZHP. Doprowadziłem do tego, że kierownictwo bydgoskiego ZMP zapraszało mnie na zebrania, traktując mnie jak swego towarzysza. Oczywiście byłem w stałym, poza szkolnym, kontakcie z Jurkiem, któremu relacjonowałem moje zetempowskie sukcesy. Pewnego dnia wyłożył sprawę. Przekonał mnie bym został przewodniczącym Koła ZMP przy Komendzie Hufca ZHP w Bydgoszczy. Mimo mojego oporu, przekonał mnie jednym zdaniem mówiąc: „Władze zmuszają nas do założenia koła ZMP, więc lepiej dla Hufca będzie, jeśli ty zostaniesz jego przewodniczącym a nie ktoś nam i naszej sprawie obcy.”
Mój kontakt z druhami zaczął mieć wszelkie znamiona niechęci, a nawet wrogości, co było dla mnie bardzo niemiłe, ale tylko ja, Jurek i hufcowy znali istotę sprawy. Na spotkaniach w Zarządzie ZMP w Bydgoszczy zdawałem relację z prowadzonych w Hufcu zebrań Koła ZMP, a Jurkowi przekazywałem rozmowy i nastroje z jakimi spotykałem się na zetempowskich zebraniach. Pewnego dnia pod koniec maja 1950 r. otrzymałem powiadomienie o konieczności stawienia się na zebraniu Zarządu ZMP w dniu 31 maja tegoż roku. Ten nie konwencjonalny sposób powiadomienia z nakazem uczestnictwa zapowiadał coś bardzo istotnego dla Zarządu ZMP. Oczywiście poszedłem. Zastałem tam większą niż zwykle ilość uczestników a niemal na progu powitano mnie słowami: „Jutro towarzyszu wreszcie będziecie mogli tym swoim druhom zdjąć krzyże i przypiąć odznaki a te różne chusty zamienić na jednolite czerwone.”
Zrobiłem właściwą minę i coś tam nawet im odpowiadałem w podobnym stylu. Udając zadowolonego, nigdzie nieśpieszącego się, wytrzymałem spokojnie do końca zebrania. Postarałem się wyjść z niego samotnie, by następnie klucząc, że to niby spacer i sprawdzając, czy nie mam przypadkiem ogona, do czego przydała się okupacyjna zaprawa, udałem się na spotkanie z Jurkiem. Zdałem mu pełną relację z przebiegu zebrania, równocześnie zgłaszając się do dalszego działania. Dziękując mi za te informacje Jerzy dodał: „Ty zrobiłeś to, co należało, to, na co liczyliśmy, twoja rola się skończyła i to dzięki niej możemy teraz zabezpieczyć naszą dokumentację oraz majątek ruchomy, bowiem już raz ograbili nas ze sprzętu wodniackiego uniemożliwiając nam działania na wodzie.”
Nazajutrz, 1 czerwca 1950 r., był Dzień Dziecka i widać było tu i ówdzie maluchy na wzór Komsomołu ozdobione czerwonymi chustami. W Zarządzie ZMP już oczywiście się nie pokazałem, chyba nawet mnie nie szukali a dla mnie był to czas zdawania matury. Poszedłem jednak w okolice siedziby Komendy Hufca ZHP. Była to piętrowa willa, jakby pałacyk w ogrodzie, przy ul. Gdańskiej. Żadnych oznak życia, co dotychczas było nietypowe dla tego miejsca. W tym też czasie Jacek Kuroń stał się działaczem t. zw. czerwonego harcerstwa, przerabiając te prawdziwe na wzór Komsomołu. Siedziba już byłej Komendy Hufca ZHP nigdy nie wróciła do swoich dawnych użytkowników, początkowo przejęło ją radio a potem Komitet Radia i Telewizji. Otoczenie parkowe dawnej Komendy Hufca ZHP w Bydgoszczy już nigdy się nie ożywiło młodzieżowym działaniem.
Ówczesna młodzież, jak ją pamiętam z Bydgoszczy, była przepełniona wolą działania, pozytywnego działania, bo przecież trzeba było odbudowywać ojczyznę. Chcieliśmy mieć udział w jej restytucji. Tę wolę działania młodzież zaznaczała różnie, nap. przez żywiołowy udział w różnego rodzaju wydarzeniach artystycznych, czy sportowych. Również z jej inspiracji, w czym jak sądzę prym wiedli chłopcy z Kopernika (Męskie Ogólnokształcące Gimnazjum i Liceum im. Mikołaja Kopernika), zawiązała się Akcja B-B. Akcja Bydgoszcz-Brno miała być jakby prezentacją, dorastającej do pełnego statusu obywatelskiego, młodzieży. Właśnie wiosną 1950 r. młodzież czechosłowackiego Brna i polskiej Bydgoszczy miała zamiar przedstawić swoją gotowość do dalszych dojrzałych już działań.
Ta Akcja w części swych założeń miała być nieco zbieżną z krakowskimi juwenaliami. Młodzież na jeden dzień miała jakby przejąć władzę nad miastem i jego instytucjami, ale bez tej dla żaków charakterystycznej jakby artystycznej pełnej żartów i swawoli części. To miało być poważną prezentacją młodzieżowych możliwości w działaniu dla dobra ojczyzny. Oczywiście poprzedzone ono zostało odpowiednimi przygotowaniami i rozdysponowaniem ról. Bydgoszcz miała bardzo rozbudowane szkolnictwo średnie. Kształciła się w nim młodzież wszystkich potrzebnych dla życia miasta specjalności. Były to szkoły poczynając od muzycznej, poprzez ogólne, pedagogiczne do zawodowych wielu specjalności, jak techniczne przygotowujące do pracy w przemyśle chemicznym i ciężkim oraz lekkim, czy spożywczym i gastronomicznym.
Z racji mojej odbytej już w zawodzie chemika praktyki w warszawskiej tlenowni i acetylenowni miałem wyznaczone miejsce w podobnym bydgoskim zakładzie. Do tego zadania przygotowywałem się jak wielu innych do swoich zadań – poprzez rozpoznanie przydzielonego terenu „działania”. Zapoznałem się szczegółowo z technologicznym schematem bydgoskiej tlenowni i acetylenowni, który skopiowałem sobie dla własnego użytku i pamięci. W Akcji B-B wyłącznie brała udział młodzież z klas maturalnych i nie słyszałem o jakichkolwiek zastrzeżeniach ze strony grona nauczycielskiego, nie było tego problemu, że był to czas przed maturalny a tu młodzież ma inne zajęcia. Jednak skończyło się tylko na zamiarach. Akcja B-B, z polecenia władz wyższych (czyt. PZPR – Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) została odwołana. Rozpoczął się okres tłamszenia młodzieży przez partię. Wg niej to młodzież winna być posłuszna, a od kreowania zadań to jesteśmy my – doświadczeni towarzysze partyjni.
Był to czas zdawania egzaminów maturalnych. Byliśmy szkołą zawodową, po której ukończeniu dostawało się nakaz pracy do określonego zakładu. By jednak nie zlikwidować możliwości dziennych wyższych studiów uznano, że czterech z najlepszymi maturalnymi świadectwami z danej klasy zamiast nakazu pracy otrzyma zezwolenie kontynuacji nauki na politechnice. W przypadku naszej klasy liczącej 27. uczniów obojga płci chętnych na wyższe studia było pięciu. Dwóch kolegów było zdecydowanie najlepszych, dwóch miernych, ale pupilków wychowawczyni a tym 5. byłem ja. Nawet bardzo się nie zdziwiłem, gdy polonista powiedział mi, że skłoniono go, by na moim maturalnym wypracowaniu, zrobił parę błędów ortograficznych, gdyż musiałem się znaleźć poza najlepszą czwórką. Nie wiedziałem tylko, czy było to za sprawą przynależności do ZMP, czy do ZHP, czy może dlatego, iż nie byłem pupilkiem, ani dyrektora, ani wychowawczyni, a zapewne było to oddziaływanie wszystkich tych czynników.
Bytowałem wówczas w przyszkolnym internacie na ogólnej wieloosobowej sali. Gdzie nocą, szczególnie wtedy, gdy była poświata księżycowa, szczury z pobliskiego kanału, czy może zakładu higieny, gdzie była ich hodowla, wyprawiały swoiste niegroźne dla otoczenia harce, często jako odskoczni korzystając z mojego łóżka. Nawet się do nich przyzwyczaiłem, ale spać było trudno. W dniu ustnego egzaminu, po szczurzej nocy, drzemiąc zostałem w łóżku nieco dłużej, bowiem nie szedłem na 8. do klasy a dopiero o 9. rozpoczynał się egzamin ustny i w dodatku byłem w końcówce alfabetycznej listy zdających. Kierownikiem internatu i t. zw. wychowawcą był wykładowca nowego przedmiotu – nauki o Polsce współczesnej, która była elementem ustnego egzaminu a jej egzaminatorem miał być dyrektor. Tenże kierownik internatu zastawszy mnie w łóżku tuż przed 8., gromkim głosem, nie słuchając tłumaczeń, nakazał mi opuszczenie internatu w ciągu 15. minut. Odpowiadając równie głośno stwierdziłem, że Gestapo w takich przypadkach dawało 20 minut czasu.
Pozbierawszy się i po przekazaniu swoich rzeczy kolegom przyszedłem na giełdę przedegzaminacyjną, gdzie dowiedziałem się, iż obok dyrektora egzaminatorem jest kierownik internatu. Zdałem sobie sprawę, że chcą mnie oblać, ale ponieważ sami niewiele wiedzieli, bowiem przywódcę naszego zachodniego sąsiada nazwali mylnie Fikiem miast Pieckiem, a z Paktu Atlantyckiego byłem również lepszy dzięki dobrej znajomości geografii. Natomiast odpowiadając na pytania z zakresu technologii chemicznych, przyjąłem zasadę wypowiadania się pewnym głosem, by ewentualne zauważone swoje błędy korygować w bez mała intymnej rozmowie z egzaminatorem. Partyjny duet nie mógł się przyczepić do moich odpowiedzi i oblać mnie. Niemniej jednak dyrektor, wręczając mi dyplom technika chemika wraz z nakazem pracy w zbrojeniowej fabryce w Pionkach, oświadczył: „Pionki niech idą do Pionek.” W tymże momencie wiedziałem już, że w Pionkach nie zagrzeję długo miejsca.
W lipcu byłem w Gliwicach na kursie dot. metodyki nauczania chemii. Pozwoliło mi to na rozpoznanie możliwości dalszego studiowania oraz właśnie z Gliwic odbyłem swoją pierwszą poważniejszą, bo trzydniową wycieczkę, w góry w Beskid Mały i Śląski. Popełnione wówczas błędy nauczyły mnie konieczności używania właściwego obuwia i wpoiły zasadę „lepiej nosić niż się prosić”. W Gliwicach również miałem bardzo pouczające spotkanie ze swoim wujkiem, byłym członkiem KPP, matematykiem z polskiej szkoły matematycznej Uniwersytetu Warszawskiego. Na moje stwierdzenie, że przyjechał na delegację celem kontroli jakiegoś tam kursiku, jakby nie miał kwalifikacji i właściwych przekonań do spełniania poważniejszych działań, usłyszałem: „Ja z tymi panami nie chcę mieć nic wspólnego.” I rzeczywiście do końca życia wuj nie zmienił swoich przekonań, pozostał skromnym urzędnikiem oświaty a ciotkę nadal, jak zawsze odprowadzał w niedzielę przed kościół, czekając tam na nią do końca nabożeństwa.
1 sierpnia 1950 r. zgłosiłem się z nakazem pracy do Zakładów Przemysłu Tworzyw Sztucznych Zjednoczenia „ERG” w Pionkach. Wówczas był tam niedomiar wyuczonych chemików. Nawet technicy byli w wysokiej cenie i niemal na wstępie oferowano im kierownictwo oddziałów, trzeba tylko było podpisać cyrograf tzn. zobowiązanie dochowania tajemnicy służbowej. Bez tego bowiem nie było mowy o możliwości zapoznania się z bardzo wieloma procesami produkcyjnymi. Bowiem w Pionkach obok mało istotnej produkcji amunicji myśliwskiej, głównie produkowano amunicję bojową.
Jako zasadę swojego postępowania przyjąłem nie podpisywania jakichkolwiek zobowiązań a nawet uważania przy podpisywaniu listy obecności. Po miesięcznych przepychankach ulokowano mnie na bocznym torze w FAM, Fabryce Amunicji Myśliwskiej. Nie było to, do czego dążyłem. Razem z kolegą o podobnych zamiarach poszliśmy do zakładowego lekarza, by na tej drodze coś uzyskać. Postawiliśmy mu sprawę jasno, jesteśmy młodzi i chcemy studiować a praca w Pionkach nam to uniemożliwia. Trafiliśmy dobrze, bowiem lekarz ten, pracujący w terenie, został zmuszony do zastępstwa lekarza zakładowego. W ramach rewanżu zrobił nas gruźlikami chorymi na serce i wysłał na komisję lekarską do Radomia. Zdziwiona komisja zostawiła nas na koniec by nam razem zadać rzeczowe pytanie. W jakim celu stanęliśmy tu przed nią? Otrzymała taką samą odpowiedź, jaką udzieliliśmy lekarzowi w Pionkach. Nawet nie było konsternacji, poszeptali lekarze coś między sobą i za chwilę mieliśmy zaświadczenia o szkodliwości pionkowskiego klimatu na nasze zdrowie.
Wkrótce otrzymaliśmy zmianę nakazu pracy i polecenie wyjazdu do Zakładów Chemicznych w Sarzynie. Była to piękna zdrowa okolica otoczona zdrowymi sosnowymi lasami. Zgłosiliśmy się tam w Dyrekcji. Dyrektor był skonsternowany, bowiem nie miał dla nas ani etatów, ani pracy. Ponownie przedstawiliśmy sprawę, że chcemy się uczyć. Dyrektor wręcz się ucieszył. Rozliczył nam delegację do Sarzyny, wystawił nową do Zjednoczenia Przemysłu Chemicznego w Gliwicach, dając na drogę hojną zaliczkę. Zjednoczeniowi urzędnicy, przekonani o złym stanie naszego zdrowia, szybko rozwiązali problem, kierując mnie do pracy w Zakładach Przemysłu Azotowego w Kędzierzynie, którego mieszkalne osiedle było w lesie a kolegę do równie zdrowego miejsca. Pionkiem może byłem, ale nie w Pionkach.
To już było coś, Gliwicka Politechnika była w zasięgu dalszych działań bez zmiany pracy. Zanim jednak stałem się studentem zostałem zatrudniony w laboratorium, które było w centrum Zakładów daleko od bramy. Szefem tego laboratorium był mgr inż. Józef Obłój. Człowiek, który potrafił ocenić pracownika i jakby dostosować charakter jego pracy do psychofizycznych możliwości. W swoim działaniu był on przeciwny ogólno-państwowej tendencji łamania charakterów i zmuszania do posłuszeństwa partii i władzy. Prace do wykonania, jakie mi przydzielał cieszyły mnie i zadawalały moją ambicję rozwoju jako inżyniera, tym bardziej, że w sposób dyskretny roztaczał kontrolę a właściwie opiekę sygnalizując jednocześnie, iż w razie jakichkolwiek kłopotów, czy trudności postara mi się pomóc.
Po niecałym roku pracy i przy dalszej jej kontynuacji zostałem w październiku 1951 r. studentem Wydziału Chemicznego Wieczorowej Szkoły Inżynierskiej Politechniki Gliwickiej. Niestety wiązało się to ze zmianą miejsca pracy, gdyż laboratorium zbyt daleko i mógłbym nie dążyć na pociąg. Biura inwestycji natomiast, gdzie zostałem przeniesiony, były w centralnym biurowcu przed bramą i tym samym bliżej dworca PKP, a przecież 5 razy w tygodniu już jako student dojeżdżałem do Gliwic.
Dowiedziałem się jednak, że w Oświęcimiu dla potrzeb tamtejszych Zakładów Chemicznych otworzono Wydział Chemiczny Wieczorowej Szkoły Inżynierskiej Politechniki Krakowskiej. Rozpocząłem starania o przeniesienie mnie do Oświęcimia. Oczywiście, ze względu na nadal obowiązujący mnie nakaz pracy, drogą służbową wystąpiłem o to do Zjednoczenia Przemysłu Chemicznego. Po niedługim czasie na początku czerwca przyszła odpowiedź korzystną dla mnie decyzją, ale drogą służbową do Dyrekcji ZPA w Kędzierzynie. Dowiedziałem się o niej być może niezupełnie formalną drogą i o tym, że jest właśnie przekazana do decyzji naczelnego dyrektora Lisa. By nie dawać mu zbyt wiele czasu do namysłu, przy głośnym proteście sekretarki wtargnąłem do dyrektorskiego gabinetu. Była to duża długa sala, wyłożona dywanami, na końcu której za dużym biurkiem siedział moim zdaniem biedny człowiek. Bowiem będąc wysoko cenionym ślusarzem maszynowym na pewno lepiej się czuł wśród obrabiarek niż papierków na biurku, ale widać dostał takie polecenie partyjne by zostać naczelnym dyrektorem. Przepraszając go za najście bez uzyskania zgody w sekretariacie, podkreśliłem zarówno terminowość, jak i ważność tej sprawy dla mnie. W odpowiedzi usłyszałem, iż sprawa ta jest mu nieznana. Dzięki jednak dobremu wzrokowi i umiejętności czytania "do góry nogami”, wśród rozrzuconych na biurku pism wyłowiłem to o mnie, zwracając równocześnie uwagę dyrektorowi na fakt, że to pismo jest zgodą Zjednoczenia na przeniesienie mnie do pracy w Oświęcimiu. Wobec takiego dictum trudno mu było oponować i za chwilę miałem na tym piśmie wyrażoną jego zgodę potwierdzoną dyrektorską parafą. Załatwiwszy formalności w Gliwicach, 14 czerwca znalazłem się w Oświęcimiu ze zmienionym nakazem pracy. Wówczas sądziłem, iż będę tam tylko do skończenia studiów, przecież jak wilka do lasu ciągnęło mnie do Warszawy. Stało się jednak inaczej, w Oświęcimiu, jak się okazało zadomowiłem się do dzisiaj, na ponad pół wieku.
W pierwszej swojej rozmowie z naczelnym dyr. mgrem inż. Wacławem Sobierańskim, przy przyjmowaniu do pracy w ZChO, gdy tylko wspomniałem o swoich wieczorowych studiach usłyszałem: „To ja pana przekażę do Instytutu Syntezy Chemicznej, gdyż u mnie jest praca na zmiany i byłyby trudności ze studiowaniem.”
Po krótkiej jego telefonicznej rozmowie z dyr. Instytutu prof. drem Zdzisławem Sokalskim otrzymałem polecenie by się tam zgłosić. Uczyniłem to natychmiast. To było spotkanie z uroczym rzeczowym człowiekiem, z którym później wielokrotnie miałem bardzo przyjemne kontakty zarówno służbowe, jak i jako student.
Moją euforię w trakcie przyjmowania do pracy zgasiła nieco kierowniczka rachuby zarobkowej. Znalazła ona na skierowującym mnie do Oświęcimia pisemku literki „B.O.”, co wg niej miało znaczyć bez odpowiedzialności a więc i ona nie może jej ponosić. Nie były dla niej ważne kierujące mnie do pracy adnotacje dwóch oświęcimskich dyrektorów. W zjednoczeniowej rachubie, przedstawiłem sprawę naczelnikowi, który ze śmiechem omówił sprawę przed swoimi pracownikami a mnie, dopisując do literek swoje pełne imię i nazwisko, wyjaśnił, że nazywa się Bogusław Ostrowski a ta pani winna znać jego parafę. Nazajutrz rozmawiając z nią o swojej sprawie czułem się nieswojo, ale ona jeszcze bardziej.
Oczywiście zaraz na początku swojego pobytu w Oświęcimiu poszedłem na teren byłego KL Auschwitz-Birkenau. O ile obóz macierzysty przyjąłem ze spokojem, bowiem spotykałem się już z wieloma trupami, a byłem też świadkiem mordowania cywilnej ludności Warszawy, to widok obozu w Brzezince, oglądany z wieży nad Bramą Śmierci, wstrząsnął mną. Zadziałała wyobraźnia uzmysławiając mi, że każda para kominów, ciągnąca się prawie po horyzont to miejsce najczęściej tragicznej egzystencji wielu więźniów a to przecież tylko część kompleksu obozów zagłady.
Była wówczas pewna zabawna, żeby nie powiedzieć nienormalna rzecz, a mianowicie głośniki nazywane kołchoźnikami zlokalizowane w służbowych mieszkaniach na Osiedlu Chemików. Najczęściej przekazywały one I program radiowy a poza tym można było je wyłączyć. Trzeba przyznać, że w jakimś stopniu zastępowały powszechny brak aparatów radiowych, co było celowym działaniem władz, jako że przez radio można by było odbierać zachodnie radiostacje. Niemniej jednak, gdy w czasie porannego dochodzenia do miejsca pracy słychać je było na wiele setek metrów przed Bramą B, czułem się jakbym był poganiany, bowiem przed 7. nadawana była w radiu audycja gimnastyczna i jakiś pan magister dawał znak i raz i dwa i trzy i cztery. Czułem się jak podczas musztry, a to fatalnie mnie nastrajało, wiec przyśpieszałem kroku, by znaleźć się wśród właściwych problemów a nie tych odmierzanych rytmiką pana magistra.
Początkowo zapoznawałem się ze wszystkimi pracowniami ISChem, by potem zostać pracownikiem laboratorium ogólnego a nast. byłem w ekipie przygotowania i uruchomienia instalacji otrzymywania acetonu z alkoholu etylowego. W Instytucie poza pracą dzienną, w niektórych zespołach pracowano na trzy zmiany. Dlatego też wszyscy pracownicy inżynieryjno-techniczni byli zobowiązani do pełnienia dyżurów od g. 14., gdy kończyła się praca dzienna, do 7. dnia następnego. Dyżurny pełnił rolę dyspozytora, ale najczęściej drzemał z głową na telefonie w pokoiku obok gabinetu dyrektora snując plany, jak wykorzystać dzień wolny otrzymany za dodatkową obecność w pracy.
Jeden taki dyżur, chyba we wrześniu 1952 r., a był to jeden z moich pierwszych, zapisał się w mojej pamięci w szczególny sposób. Po kolacyjce zapadłem w lekką drzemkę. Wyrwał mnie z niej dźwięk telefonu i głos dyrektora, który po przedstawieniu się, poprosił mnie bym, jeśli nie jestem zajęty, przyszedł do hali na parterze Bud. D-120A. Dyrektorem Instytutu był jak wspomniałem prof. dr Zdzisław Sokalski, który przyjmował mnie do pracy i już wtedy w czasie tych krótkich chwil zdobył moje uznanie szacunek i pełnię autorytetu. Wynikało to nie tylko z jego fizycznej wspaniałej postawy, ale i z jego sposobu kontaktowania się z młodym początkującym chemikiem. Miał on jakąś szczególną życzliwość dla rozmówców i umiejętność prowadzenia rozmowy. Był profesorem, ale najczęściej zwracano się do niego „Panie dyrektorze”, czasami „Panie doktorze”. Nieliczni jego uczniowie, jego byli studenci mieli prawo zwracać się per „Panie profesorze”. Zaszczytu tego dostąpiłem w niespełna trzy lata później, bowiem miałem już pełne prawo zwracania się do niego per „Panie profesorze.”
W dużej, prawie pustej hali profesor przyglądał się czemuś zawieszonemu ok. 1,5 m nad podłogą. To coś, to były dwie tafle szklane oblepione na krawędziach papierem. Pomiędzy nimi była jakaś bezbarwna ciecz z widocznym meniskiem. Upewniwszy się, że nie wiem, co to jest, pan profesor wyłożył mi istotę sprawy. Umiejętnie wyciągnął ze mnie wiadomości, które przecież winienem znać po wysłuchaniu wykładów mgra inż. Szczypińskiego (późniejszego szefa produkcji ZChO) z zakresu chemii i technologii przetwórstwa tworzyw sztucznych przed maturą w 1950 r. w Państwowej Średniej Szkole Technicznej w Bydgoszczy. Odległa teoria polimeryzacji metakrylanu metylu zaczęła się materializować.
Poinformowany zostałem, kiedy i jak korzystać z wentylatora i z mokrej ścierki, oraz że mam oczywiście zawiadomić swojego rozmówcę, jeśli zaczną zmieniać się refleksy światła powodowane zmianą współczynnika jego załamania, jeśli wzrośnie temperatura zestawu mierzona dłonią z zewnątrz i termometrem w nim zanurzonym, jeśli, co nie daj Boże, pojawią się bańki. On chciałby jeszcze trochę popracować u siebie w gabinecie.
Profesor wyszedł. Dochodziła 11. w nocy, a ja ze wzrokiem utkwionym w zestawie polimeryzacyjnym, sprawdzałem co chwilę temperaturę. To była bardzo podniecająca noc dla młodego chemika. Do mojego przyjścia zestaw ten w pokojowej temperaturze wisiał już parędziesiąt godzin, gdy ok. 5. w części centralnej zestawu ujrzałem załamania refleksów świetlnych i stwierdziłem nieznaczny wzrost temperatury. Włączyłem chłodzenie wentylatorem, zawiadomiłem profesora. Przyszedł zaraz. Szczęśliwie banieczek w zestawie nie było. Następne parę godzin zwiększałem chłodzenie mokrą szmatą i słuchałem uroczego wykładu - rozmowy profesora.
Gdy przyszli pracownicy dniówkowi profesor złożył mi gratulacje, jako świadkowi pierwszej w Oświęcimiu udanej blokowej polimeryzacji metakrylanu metylu w szklanym zestawie płytowym, zakończonej, jak się później dowiedziałem, otrzymaniem płyty o doskonałych własnościach optycznych polimetakrylanu metylu (PMM), zwanego później również szkłem organicznym lub pleksi. Wiem, że wówczas zdołałem jedynie wydukać, iż tylko obserwowałem. Usłyszałem wtedy coś o poprawności obserwacji, i że na Zachodzie firma Röhm u. Haas otrzymała „to” już ok. 20 lat wcześniej.
Zdzisława Niżnika poznałem nocą w trakcie kolejnego dyżuru technicznego. Było to w piwnicy Bud. D-120. Prowadził destylację surowego monomeru akrylonitrylu i jak sądzę chciał mieć świadka na skuteczne zastosowanie swojego pomysłu do sposobu prowadzenia destylacji, choć zwrócił się do mnie tylko o pomoc przy drobnych pracach montażowych. Właśnie sprawdzał stan grzałki swojego pomysłu, zainstalowanej w kubie destylacyjnym. Zdzichu, zamiast grzania całej masy surowego monomeru w kubie kolumny destylacyjnej, zastosował dużej regulowanej mocy elektryczną grzałkę płytową zamontowaną nad dnem kuba. Na nią skierował dopływ surowca, który tam na niej odparowywał. Regulując jego dopływ, moc grzałki i refluks na kolumnie, wpływał na szybkość i efektywność procesu. Na dnie nie zbierał się surowy monomer akrylonitrylu, ponieważ spływając na grzałkę odparowywał. Nie wypełniał kuba i nie był poddawany oczywistej w tych warunkach polimeryzacji termicznej. Było to dużą korzyścią dla całości procesu. Oczywiście moja opinia o pomyśle była entuzjastyczna, a sam jego autor i sposób jego myślenia wzbudził mój podziw. Okazało się jeszcze, że jakkolwiek był tylko technikiem chemikiem po bielskim technikum farbiarskim, to doskonale orientował się zagadnieniach elektrotechnicznych, czy radiotechnicznych, a nawet w początkach telewizji zajmował się, jako jeden z nielicznych, naprawą telewizorów. To jego zajęcie a raczej tylko hobby doprowadziło go przed oblicze sądu.
Z inspiracji bezpieki, która stale udowadniała jak bardzo jest potrzebna, zrobili mu rewizję w domu, zabierając jako dowody rzeczowe różne elementy radiotechniczne i służące do naprawy telewizorów, w tym również i małą lampę katodową. Kilka dni trzymali go w piwnicach Urzędu Bezpieczeństwa przy ul. Władysława Jagiełły, by następnie urządzić pokazowy proces. Świadkowie, pracownicy Instytutu i ZChO, wbrew założeniom śledztwa, nie uznali zarekwirowanych u niego rzeczy, jako pochodzących z terenu ZChO, bowiem tego rodzaju technika nie była wówczas tam stosowana. Mimo starań prokuratury nie znaleźli, ani w Zakładach, ani w Instytucie zastosowania dla lampy katodowej, która sądząc z prowadzonych przesłuchań miała być główną podstawą zaskarżenia. Zeznający w jego sprawie dyr. Instytutu Zdzisław Sokalski, charakteryzując go określił, iż posiada on „smykałkę do rozwiązywania problemów”, a indagowany dalej przez sędziego jak rozumie „smykałkę”, dodał, że „Jest to zjawisko pozytywne w charakterze człowieka”. Zeznając również jako świadek w tej sprawie, miałem okazję ową „smykałkę” zobrazować sędziemu przykładem zastosowanego przez Zdzicha pomysłu przy destylacji surowego akrylonitrylu.
Dwa lata w szkole i przyjaznym środowisku Instytutu szybko minęły. Poślubiłem koleżankę, która rok wcześniej rozpoczęła te same, co i ja studia. Znaleźliśmy wspólny zawodowy język, a wiarę w siebie i wspólne życie utrwalaliśmy wędrówkami po Beskidach. Pomagał nam w tym t. zw. szkolny urlop przeznaczony na przygotowanie się do egzaminów (14 dni wolnych od pracy), który najczęściej wykorzystywaliśmy w górach, widocznych już z Oświęcimia. Starsi koledzy z pracy, którym spokojnie mógłbym powierzyć wszystko, namawiali mnie do wstąpienia do partii, twierdząc, że im więcej będzie w partii ludzi myślących, tym lepiej dla nich i dla partii. Bydgoskie doświadczenia wstrzymywały mnie od tego kroku i zadowolony byłem, gdy plotkarskie echo doniosło mi, że w partii już mnie nie potrzebują. A stało się to za sprawą jednego mojego rzeczowego „zdziwienia”.
Na sąsiednich półtechnikach, jako mistrz zmiany pracował wówczas Pietrak, technik chemik po ukończonym dla „wysuniętych” technikum w Gliwicach. Żona była tam kierowniczką laboratorium ruchowego, gdzie czasami zachodziłem. Kiedyś czekając na nią, byłem świadkiem jak laborantka poprosiła Pietraka o wyjaśnienie reakcji zobojętniania kwasu solnego ługiem sodowym. Ów technik ochoczo się zabrał do dzieła pisząc na tablicy równanie: NaOH + HCl = NaCl + i tu jego wiedza go zawiodła. Wykręciwszy się pilną sprawą na ruchu, uciekł nie dopowiadając nawet, że przy zobojętnianiu powstaje woda (H2O). Kilka dni później, został wybranym, a może raczej wytypowanym, na sekretarza pop (podstawowej organizacji partyjnej – PZPR) na półtechnikach właśnie Pietrak. Wyraziłem do żony zdziwienie, niestety w obecności tejże samej niedouczonej laborantki, iż: „Dziwię się, że na tak poważne stanowisko wybierane są tak niepoważne osoby.” Niedouczeni, w tym i donosiciele, wszystkich krajów łączcie się. Już nie chcieli mnie w partii, co mnie zadawalało, ale konsekwencje mojego „zdziwienia”, jak okazała przyszłość okazały się dla mnie i mojej rodziny dużo, dużo bardziej groźne w skutkach.
Zbliżała się jesień 1954 roku. Celem uzyskania pełni doświadczeń jako inżynier, podjąłem decyzję przejścia na budującą się w ZChO, największą inwestycję tego czasu i miejsca a mianowicie wytwórnię kauczuku syntetycznego metodą Lebiediewa. Uzgodniłem sprawę przejścia ze swoim przyszłym szefem i oczywiście z Działem Kadr ZChO. Wykładów już nie było i pozostało mi jedynie zaliczenie ćwiczeń dopuszczające do egzaminu z tego zakresu, co jak uważałem w moim przypadku winno być formalnością, bowiem na co dzień w Instytucie miałem do czynienia z tymi problemami. Pod koniec września, załatwiając kartę obiegową rozwiązującą mój stosunek służbowy z Instytutem, żegnałem się przy tej okazji z wszystkimi dobrze mi życzącymi jego pracownikami. W ostatniej godzinie jako pracownika Instytutu, w jego sekretariacie złożyłem wypełnioną kartę obiegową i tym samym przestałem być jego pracownikiem. Sekretarka odbierając ją, wręczyła mi pismo z Działu Kadr ZChO a nieco zażenowanym głosem wyjaśniła mi, iż miała zakaz wcześniejszego doręczenia. Pisemko to informowało mnie, że z braku miejsc nie mogę być przyjętym do pracy w ZChO. A więc technik chemik, prawie inżynier, z kilku letnia praktyką zostaje bezrobotnym w miejscowości, gdzie trwa budowa największej inwestycji tego czasu w polskim przemyśle chemicznym. Sądziłem, że to jakieś nieporozumienie, niestety wyjaśniono mi, iż to jest rzeczywistość. Zostałem bezrobotnym, a wówczas zasiłków nie było.
Konsekwencja tego faktu miała również inny, daleko idący wymiar. Nie miałem już przepustki na teren Zakładów, więc nie mogłem zaliczyć ostatnich ćwiczeń w laboratorium i w następstwie nie mogłem przystąpić do tego ostatniego egzaminu. Rygor studiów wieczorowych wymagał nie tylko dotrzymywania terminów przy zdawaniu egzaminów, ale osoba niepracująca nie mogła być studentem WSI. Intensywnie szukając pracy w okolicach Oświęcimia, znalazłem ją od 05.11.1954 r. do 30.11.1954 r. w laboratorium ruchowym Przedsiębiorstwa Państwowego Rafinerii Nafty „Trzebinia” w Trzebini. Będąc pracownikiem przedsiębiorstwa państwowego, mogłem poprzez Dziekanat WSI w Krakowie, wystąpić o przepustkę, którą otrzymałem i jeszcze we właściwym terminie przystąpiłem do zaliczenia ćwiczeń i do ostatniego egzaminu.
Temat tych ostatnich zaliczeń i egzaminu był mi doskonale znany z racji ukończenia Liceum Chemicznego w Bydgoszczy, pracy w laboratoriach Instytutu i ostatnim zatrudnieniu mnie w laboratorium Rafinerii Nafty „Trzebinia”. Zdumiony więc byłem, gdy egzaminator mgr inż. Tadeusz Blauth kwestionował wszystkie moje odpowiedzi a robił to odpowiednio głośno, by jego opinię słyszeli kibice za drzwiami w dodatku uchylonymi. Poprosiłem o wyznaczenie następnego terminu egzaminu, który był w końcowych dniach listopada. Miał on miejsce w biurze mgra inż. Tadeusza Blautha i w pustym o tej porze laboratorium. Zaraz na wstępie usłyszałem przeprosiny, że musiał mnie oblać, ale przecież znam swoją sytuację, a do tego został zmuszony. Oczywiście wierzyłem mu całkowicie, gdyż był to bardzo porządny człowiek, znany mi z pracy, szkoły i turystyki. Nawet było mi nieswojo, że moja osoba była przyczyną czynu, którego się wstydził. Egzamin był formalnością a wykonywane przeze mnie ćwiczenia uzyskały pochwałę za swoją perfekcję.
Nadal jednak byłem bezrobotnym i bez możliwości wykonywania pracy dyplomowej, bowiem ostatniego listopada Rafineria Nafty „Trzebinia” rozwiązała ze mną stosunek pracy. W Zakładach miałem dużo życzliwych mi osób, zarówno z lewej, jak i prawej strony a moja sprawa była bardzo głośną. Ja sam parokrotnie wzywany, jakby na przesłuchania do Komitetu Zakładowego PZPR, pytałem się ich, jakie stawiają mi zarzuty, i czy może mam im pomóc je zdefiniować? Nie otrzymywałem odpowiedzi poza stwierdzeniem: „My z was towarzyszu nie rezygnujemy”>. A na moją uwagę, że nie jestem ich towarzyszem poinformowano mnie, iż jako członek związku zawodowego jestem tak samo towarzyszem, jak i oni. To ich „My” to grupa kilku nieznanych mi osób, która sadzała mnie na krześle twarzą do okna samemu obsiadając biurka tworzyła krąg, który swoją masą miałby mnie do nich przekonać. To „My” w nieco innym kontekście przypomniał mi jeden z nich jeszcze w 1991 r., o czym dopiero będzie.
Zapewne to ogólne kadry technicznej przychylne do mnie nastawienie pozwoliło panu Aleksandrowi Chruścielowi, kierownikowi Działu Kadr ZChO na zatrudnienie mnie jako pracownika fizycznego. Widział bowiem tą oczywistą niedorzeczność w postępowaniu swoich towarzyszy i jakby zmienił wymiar kary dla mnie. Zostałem jako pracownik fizyczny skierowany do pracy na uruchamianej właśnie instalacji acetylenu, gdzie szefem był mgr inż. Jan Mituś, będący równocześnie wykładowcą chemii fizycznej na WSI. Ucieszył się z mojego przydziału, pytając się, czy jako brygadzista z VIII grupą zaszeregowania zechcę pełnić również obowiązki mistrza zmiany, gdyż brak mu wykwalifikowanych na to stanowisko osób. Oczywiście bez wahania z radością przyjąłem tą propozycję, bowiem dawało mi to możliwość rozpoznania środowiska pracowników fizycznych nie z pozycji ich szefa, ale pozycji im równej. Z nimi razem nie tylko pracowałem i jako brygadzista egzekwowałem poprawność działań, ale również wspólnie się przebieraliśmy i wspólnie spożywaliśmy posiłki oraz wspólne prowadziliśmy rozmowy. Zdobyte w taki sposób doświadczenie później owocowało mi wielokrotnie, gdyż już jako inżynier i szef nie miałem problemów z pracownikami fizycznymi za wyjątkiem jednego, ale o tym później.
Niestety ten stan długo nie trwał. Mgr Mituś wezwawszy mnie poinformował, iż została zakwestionowana funkcja brygadzisty i moje zaszeregowanie na VIII grupę, gdyż jako pracownik fizyczny nie mam praktyki i wobec tego należy mi się IV grupa zaszeregowania. Należy dodać, że większość sprzątaczek miały grupę V. W ramach tego samego Zakładu zostałem przesunięty, jako laborant do laboratorium ruchowego przy instalacji produkcji bezwodnika kwasu octowego, gdzie szefował mgr inż. Jan Kordys. Przyjazne mi osoby mgr inż. Jan Mituś i mgr inż. Jan Kordys, wespół z pracownikiem Instytutu mgrem inż. Adamem Gryczem, moim promotorem pracy dyplomowej, niczym duchy opiekuńcze wyznaczyli mi temat pracy dyplomowej bezpośrednio związanej z tokiem produkcji bezwodnika kwasu octowego. Otrzymawszy osobne pomieszczenie, stosowne oprzyrządowanie i do pomocy doskonałą laborantkę, pracowałem zimą i wiosną roku 1955 nad tym tematem, będącym z zakresu chemii fizycznej (Przebadanie wpływu temperatury, zawartości wody, zawartości bezwodnika octowego na szybkość hydrolizy bezwodnika do kwasu octowego). W tym też czasie za sprawą szefa, po zdaniu egzaminu z BHP (Bezpieczeństwo i Higiena Pracy), otrzymałem awans z grupy IV na VI, co jak sądzę było ewenementem w historii Zakładów z racji przegrupowania pracownika fizycznego naraz o dwie grupy. W czerwcu tegoż roku urodził nam się syn i często tak bywało, że połowę stołu zajmował Krzyś w becie, a na drugiej dopisywałem już ostateczną wersję swojej pracy dyplomowej. O pomoc w sformułowaniu wniosków i końcowej redakcji pracy zwróciłem się do dra inż. Jana Dubika, kolejnego jak sądzę mojego ducha opiekuńczego, który doktoryzował się u prof. dra Zdzisława Sokalskiego, dyrektora Instytutu i wykładowcy chemii fizycznej na Politechnice Śląskiej w Gliwicach.
W przepisowym terminie złożyłem w Dziekanacie swoją pracę dyplomową i czekałem na wyznaczenie terminu końcowego egzaminu dyplomowego, który nastąpił we wrześniu 1955 r. To była bardzo przyjemna rozmowa z Panem Profesorem, której przysłuchiwały się t. zw. czynniki społeczne na pewno niczego nie rozumiejąc, czego dowód złożyli na egzaminie swoim pytaniem. Kiedy bowiem przewodniczący komisji podziękował mi za odpowiedzi i zwrócił się do pozostałego gremium, czy ktoś ma jakieś pytania? Zgłosił się kierownik Działu Szkolenia ZChO Franciszek Skupiński, zadając mi pytanie dot. istoty mojej pracy dyplomowej. Spojrzałem na Pana Profesora i spytałem się, czy mam odpowiadać. Usłyszałem odpowiedź: „Nie, przecież pan już na to odpowiedział”. Więcej pytań nie było. Profesor pogratulował zdania egzaminu i podziękował komisji za udział. Wbrew zaleceniom i staraniom nie moich towarzyszy, zostałem jednak inżynierem, będąc równocześnie technikiem chemikiem i pracownikiem fizycznym na VI grupie zaszeregowania. Przyznam się, że sytuacja ta nieco mnie bawiła, a pracę w laboratorium nawet jako laborant bardzo lubiłem.
Nie upłynął jeszcze miesiąc jak po zdaniu egzaminu dyplomowego zostałem wezwany do szefa Działu Kadr ZChO Aleksandra Chruściela, gdzie zostałem przywitany słowami: „Wypada przenieść Pana na etat umysłowy”. „Jak Pan uważa”, odpowiedziałem. „Gdzie chciałby Pan pracować?” „Na kauczuku, tam gdzie chciałem być rok temu.” „To wykluczone.” Usłyszałem w odpowiedzi. „Więc proszę skierować mnie do pracy zgodnie ze swoim uznaniem”. „Czy zgadza się pan pracować na cyjanowodorze?” „ Oczywiście.” Odpowiedziałem.
I tak znalazłem się w charakterze mistrza zmiany na, będącej jeszcze w budowie inwestycji, instalacji cyjanowodoru i cyjanhydryny acetonowej, która stanowiła część Zakładu VI. Miałem więc okazję poznawania instalacji cyjanowodoru „od środka” w trakcie budowy. Jej głównym projektantem był nasz, słuchaczy WSI, starszy kolega, prowadzący ćwiczenia z inżynierii chemicznej mgr inż. Andrzej Samborski. Łatwo mi więc było pytać się i słuchać wyjaśnień na temat tejże instalacji.
W trakcie jednej z wielu naszych rozmów z inż. Samborskim, jako praktyk ruchowy i laboratoryjny otrzymałem do rozwiązania problem pomiaru areometrem gęstości ciekłego cyjanowodoru w trakcie produkcji. Według projektu bowiem należało pobrać próbkę do naczynia i pod dygestorium areometrem określić jego gęstość, co sami projektanci uważali za czynność bardzo niebezpieczną dla życia. Zaproponowałem, by na jego przewodzie zamontować latarkę (mały przeszklony zbiorniczek).W koszyczku której znajdowałby się areometr a układ zaworów umożliwiałby napełnianie latarki i po uspokojeniu płynu bezpieczny i prawidłowy odczyt wskazań areometru. Projektanci wprowadzili do projektu i realizacji ten mój pomysł. W tym samym mniej więcej czasie, z dyrekcji przyszło polecenie by pracownicy inżynieryjno-techniczni, w ramach wniosków racjonalizatorskich zgłaszali pomysły poprawiające działanie instalacji. Zgłosiłem więc ten swój pomysł i otrzymałem od szefa reprymendę za wykorzystywanie danych projektowych jako własnych pomysłów. Szefem Z-VI wówczas był mgr Tadeusz Kożusznik, osoba autokratyczna i apodyktyczna. Miarą jego swoistego poczucia porządku był zakaz używania ołówków określonego koloru (wówczas nie było jeszcze długopisów) zastrzeżonych wyłącznie dla niego. Służyły mu one do wypisywania na korespondencji określonych uwag określonym kolorem. Nie pomogły, zatem ani moje tłumaczenia, ani stwierdzenia głównego projektanta, że to właśnie ja jestem autorem tego jakże ważnego dla bezpieczeństwa instalacji usprawnienia.
Po zakończeniu prac inwestycyjnych, w czasie których prowadziłem szkolenie powierzonej mi zmiany pracowników fizycznych, nastąpił okres rozruchu bezsurowcowego. W tym też okresie, wykorzystując próbne uruchomienia, mogłem ze swoimi pracownikami praktycznie przerabiać pewne elementy obsługi instalacji. Celem praktycznego zapoznania z istotą cyjanowodoru, zostaliśmy wraz z pracownikami fizycznymi skierowani na praktykę do Zakładów Chemicznych w Jaworznie. W czasie okupacji był tam produkowany Cyklon B (zaadsorbowany cyjanowodór na granulacie ziemi okrzemkowej) dla potrzeb Konzentrationslager Auschwitz-Birkenau. Teraz w Jaworznie cyjanowodór konfekcjonowano w metalowych pojemnikach dla potrzeb produkcji cyjanhydryny acetonowej na Z-VI w ZChO. Była to okazja wyuczenia się nawyków bezpiecznego działania i oswojenia się z tą błyskawiczną trucizną. Praktyka ta dała mi możliwość nie tylko wysłuchania od starych pracowników o wielu wydarzeniach związanych z tą trucizną, zarówno pod postacią Cyklonu B, gazu, czy cieczy, ale i bezpośredniego zetknięcia się z cyjanowodorem.
Jeden ze starszych pracowników, wypytawszy mnie o stan mojego zdrowia, wprowadzając mnie do zagrożonej strefy, zapoznał mnie z zapachem cyjanowodoru. Prowadząc mnie nieco dalej określił, że w tym miejscu mogę tylko raz w sposób niepełny nabrać powietrza do płuc. Doświadczenia nabyte w Jaworznie, poza testowaniem zapachu, przekazywałem na szkoleniach pracownikom fizycznym, uzupełniając je podstawowymi a niezbędnymi w naszej pracy wiadomościami z chemii, fizyki i fizjologii człowieka. Ćwiczyliśmy się również w umiejętności wykorzystania masek gazowych i aparatów tlenowych. W tym też czasie pracowaliśmy w układzie cztero-zmianowym, po 6 godz. i wszyscy pracownicy mojej zmiany, dostawali pieniężny dodatek, wszyscy za wyjątkiem mnie. W rachubie zarobkowej na zwróconą uwagę, że pewnie nastąpiła pomyłka, gdyż pominięty zostałem w otrzymywaniu dodatku, otrzymałem zwięzłą szokującą odpowiedź: „Pan jest tak wysoko kształcony, że to Panu nie szkodzi.” Przy okazji dowiedziałem się, że w tym okresie dodatku tego nie otrzymywali wszyscy pracownicy umysłowi ZChO. Dodatek za pracę w szkodliwych warunkach otrzymałem dopiero z wysługą emerytalną, ale i to po roku 1990.
Wiosną 1956 r. otrzymałem polecenie napisania dla tej instalacji instrukcji zarówno ruchowej jak i awaryjnej oraz zatwierdzenia jej w Dziale Głównego Technologa, gdzie szefował mgr inż. Henryk Weideman. Osoba bardzo wymagająca, będąca postrachem wszystkich piszących instrukcje ruchowe. Chciałem jednak przed surowcowym rozruchem, który miał być latem, jeszcze zdążyć napisać instrukcje, by z żoną i rocznym synem pojechać do Rabki. Uzgodniłem więc z mgrem inż. Henrykiem Weidemanem, iż po napisaniu i zatwierdzeniu kompletu instrukcji otrzymam 2 tygodnie wypoczynkowego urlopu. Instrukcje zostały zatwierdzone bez merytorycznych poprawek. Urlop też się udał, ale ja decyzją szefa mgra Tadeusza Kożusznika zostałem przesunięty na instalację cyjanhydryny acetonowej bez prawa udziału w rozruchu instalacji cyjanowodoru, instalacji, dla której wyszkoliłem pracowników, napisałem instrukcje, i którą znałem jak przysłowiowe swoje pięć palców.
Zakaz ten musiałem jednak złamać. Stwierdziwszy, że mistrzówka w sąsiednim budynku instalacji cyjanhydryny jest od strony nawietrznej zająłem tam miejsce a równocześnie przez jej okno mogłem obserwować otoczenie instalacji cyjanowodoru. W pewnym momencie zauważyłem jak pracownik, bez zabezpieczenia i od strony zawietrznej udaje się na galeryjkę nad otwartym zbiornikiem ścieków, w którym mógł pojawić się cyjanowodór, a którego związki zabarwiały ścieki na charakterystyczny granatowy kolor. Pracownik zapewne dostał polecenie ich stwierdzenia, jednak widać nie został pouczony zgodnie z napisaną przeze mnie instrukcją, że aby to wykonać to winien podchodzić od strony nawietrznej i do minimum nawet na bezdechu, czy w masce oraz skrócić czas obserwacji. Kiedy do niego podbiegłem, zaczął tracić świadomość i chwiał się na nogach, wpatrując się błękitno-granatowe żelazicyjanki świadczące o obecności cyjanowodoru. Chwyciwszy go za kołnierz i spodnie, szybkim marszem pod wiatr zaprowadziłem go do biura, gdzie moja osoba wywołała zdziwienie. Przy okazji najbliższego badania lekarskiego, poprosiłem by uczyniono mnie chorym, gdyż atmosfera w moim obecnym miejscu pracy staje się dla mnie coraz bardziej szkodliwa. W niedługim czasie zostałem skierowany do pracy na Z-IV jako mistrz zmiany na polimeryzacji chlorku winylu.
Będąc w pracy mieliśmy z żoną problemy z opieką nad synem, którego wpierw przyjmowano do żłobka, czy przedszkola, by po pewnym czasie stwierdzić, że brak dla niego miejsca. Powtarzało się to wielokrotnie i z tego powodu zwiedził wszystkie tego rodzaju instytucje na Osiedlu Chemików. W tym notorycznym braku miejsc dla naszego syna w państwowych ośrodkach opieki czuło się złośliwą rękę partii, która nie mogła przeboleć, że zostałem inżynierem. My z żoną pracowaliśmy z nakazu pracy a moja mama pracowała jako nauczycielka w świetlicy, mając na utrzymaniu, uczęszczającą do szkoły córkę. Oczywiście staraliśmy się o dochodzącą pomoc domową, która w ówczesnym czasie była w sprzeczności z ustrojowymi zamierzeniami, a ściślej mówiąc to zatrudniający, z braku stosowanych uwarunkowań prawnych był pod pręgierzem socjalistyczno-partyjnej opinii. Kiedy jednak udało nam się nakłonić starszą i doświadczoną panią do opieki nad synem w czasie naszej nieobecności, to życie nam znormalniało, co przede wszystkim odczuł nasz syn. Niestety starsza pani po kilku miesiącach zmarła. Postaraliśmy się więc o kolejną opiekunkę do dziecka. Została nią młoda dziewczyna, która po paru tygodniach, zostawiając śpiącego syna na łóżku, zabrała kilka różnych rzeczy i więcej się nie pokazała. Zgłosiliśmy sprawę opuszczenia dziecka i kradzieży na milicji, gdzie po stwierdzeniu, że widać jej za mało płaciliśmy, nie spisali nawet protokółu.
W jakiś czas po tym wydarzeniu, jakieś dzieciaki w świetlicy z kieszeni płaszcza mamy zabrali klucze od naszego domu, zakradli się tam i okradli mieszkanie z wielu różnych drobiazgów w tym nap. ze zbiorów filatelistycznych. Dzięki pomocy innych uczniów w świetlicy sprawa stała się jawną i została objęta sądem dla nieletnich. Poza tym, że mama wielokrotnie jeździła do Chrzanowa, gdzie był sąd dla nieletnich, to nic nie zostało załatwione, nawet proces się nie rozpoczął. Nie stawiali się albo podsądni, albo adwokaci, albo sędzia był chorym a mama była zawsze. W końcu wzięli ją na zmęczenie i przestała przyjeżdżać na posiedzenia tego socjalistycznego chorego sądu. Po jakimś czasie można powiedzieć, że sprawa się wyjaśniła, bowiem jeden z oskarżonych był bliskim krewnym milicjanta. By jakoś przerwać te niedorzeczności już z przedszkolami, poszedłem na rozmowę do dobrze już znanego mi szefa Działu Kadr. Przedstawiłem mu sytuację i zapytałem, które z nas, żona, czy ja mamy zwolnić się z pracy by opiekować się synem. Zapewnił, że załatwi tą sprawę i rzeczywiście nie mieliśmy już więcej kłopotów z przedszkolem.
Na Z-IV był to również czas końca inwestycji, rozruchu mechanicznego i pierwszego uruchomienia polimeryzacji emulsyjnej chlorku winylu w dużych reaktorach ciągłego działania. Operacja zapoczątkowywania po raz pierwszy w dużej skali polimeryzacji była sprawą delikatną i trudną, wymagającą od prowadzącego dużego doświadczenia. Operacją tą kierował inż. Jan Krzanowski a ja miałem to szczęście być w tym czasie mistrzem i świadkiem tego bardzo interesującego wydarzenia. Polimeryzacja zapoczątkowała się w nocy na mojej zmianie a ja miałem okazję obserwować działania tego doświadczonego inżyniera, od którego w rozmowie dowiedziałem się wiele na temat polimeryzacji. I znów była okazja, jak kilka lat temu, do wzajemnego składania sobie gratulacji z racji zapoczątkowania nowego etapu tym razem produkcyjnego.
Mleczko zawierające zdyspergowany polimer chlorku winylu na sąsiednim oddziale było suszone do proszku, pakowane do worków i przekazywane do sprzedaży. Był to chyba najbardziej hałaśliwy oddział w Zakładach. Wg mojej oceny było tam powyżej 90 decybeli, ale kto by to mierzył i kto by się tym przejmował. Po tym hałasie została mi jednak trwała pamiątka – charakterystyczny niedosłuch zdiagnozowany wiele lat później. Na oddziale suszarek, dla suszenia mleczka gorszej jakości była jeszcze duża suszarka walcowa. Nagrzewana była parą a między walce wlewało się mleczko. Po niepełnym ich obrocie, przyłożone noże zgarniały wysuszony łuskowaty produkt. Oczywiście, co jakiś czas walce wymagały ręcznego (skrobakami) czyszczenia. Była to praca żmudna, trudna i brudna, a czas jej trwania zależał od chęci zaangażowania się. Przeciętnie kilku pracowników wykonywało ją w czasie 8. godzin. Na mojej zmianie było w zwyczaju, iż po dobrym jej wykonaniu pracownicy mieli czas dla siebie.
Pewnego dnia, jeszcze przed rozpoczęciem pracy, idąc do mistrzówki wybrałem drogę koło suszarki walcowej, wiedząc, że będzie musiała być czyszczona. Pracownicy, wyprzedzając polecenie i przed nominalnym początkiem pracy, już ją czyścili, a nawet jeden „Pracuś” czyścił ją, siedząc na walcu, ze spuszczonymi między walce nogami. Idąc zatrzymałem się przy wyłączniku i nakazałem wszystkim odejść od suszarki. Mojego polecenia nie chciał wykonać „Pracuś”, twierdząc, że zależy mu na czasie. Dopiero groźba natychmiastowego wydalenia z pracy zreflektowała go i zszedł z walcarki. Upewniwszy się o braku zagrożenia, udając swobodne przechodzenie obok wyłącznika, barkiem włączyłem go, uruchamiając walcarkę. Procedura tego rodzaju prac jak czyszczenie wymagała m. in. fizycznego odłączenia kabli zasilających od silnika walcarki, co uniemożliwiało przypadkowe włączenie. „Pracusiowi” jedynie powiedziałem, że przez własną głupotę miał szansę być krwawym plasterkiem. Nie musiałem także w stosunku do niego wyciągać karnych konsekwencji, bowiem już na drugi dzień sam przeniósł się do innego zakładu. W czasie całego mojego okresu pracy w charakterze zwierzchnika pracowników fizycznych było to jedyne zdarzenie mające cechy konfliktu.
Zdarzały się również i chwile wyjątkowego mojego zadowolenia. Pewnego początku dnia, jeszcze zimą, o brzasku jechałem rowerem do pracy. Z odcinka drogi na przedłużeniu ul. Olszewskiego widać było wyraźną linię horyzontu, musiało bowiem być wyjątkowo przejrzyste powietrze. Naraz na tejże linii zobaczyłem coś jakby zęby piły skrzące się w słońcu. Przyśpieszyłem by jak najszybciej znaleźć się na oddziale i windą wyjechałem na poziom 20 m. Na linii horyzontu widać było wyraźnie Tatry. To był dla mnie niezapomniany widok, a przecież dzieliło mnie od nich ok. 100 km i kilka ośrodków emitujących zanieczyszczenia jak przemysł i miasta. Zdarzyło to mi się jeszcze kilka razy. Nie przypuszczam by obecnie było jeszcze to możliwe, bowiem jak jestem na beskidzkich wierchach, nap. na Pilsku to Tatry widać, ale patrząc w kierunku dolin to już nie ma linii horyzontu, jest tylko linia smogu, na co zresztą narzekają również piloci.
Początkowo byłem mistrzem zmiany na jednym lub drugim oddziale. Szefem Z-IV był wówczas mgr inż. Procukiewicz. Miał on moim zdanie nieco dziwny obyczaj, bowiem każdego dnia rano w otoczeniu mistrza i brygadzisty ustalał skomplikowane parametry pracy 8. autoklawów. Było to o tyle dziwne, że do tego celu służył mu reklamowy, długości 13 cm suwak logarytmiczny, co wywoływało tylko uśmiechy u pracowników a jedynie my mistrzowie i brygadziści musieliśmy mieć maskę na twarzy. My mistrzowie, mając dużo większe doświadczenie parametry te ustawialiśmy na logikę i wyczucie, bądź korzystaliśmy z kilku funkcyjnego wykresu, jaki w tym celu wykonał technolog oddziału mgr inż. Emil Kantor. Niestety coraz częściej obdarzano mnie podwójnymi obowiązkami obu mistrzów, a kiedy dlatego poprosiłem o podwyżkę wynagrodzeń, której nie otrzymałem, zacząłem szukać nowego miejsca pracy. Znalazłem je na Z-VI, gdzie już nie było mgra T. Kożusznika, a szefem był mój kolega z WSI mgr inż. Józef Grzegorzewicz.
Zostałem mistrzem przy produkcji suspensji polioctanu winylu, gdzie kierownikiem tego oddziału był mgr inż. Romuald Truszczyński. Wówczas do pracy dojeżdżałem starym błękitnym fiatem model z 1947 r. Kiedy kolega z cyjanowodoru, któremu zabrakło oleju maszynowego, zwrócił się do mnie o pomoc załadowałem 30. l. bańkę z olejem do fiata i zawiozłem mu na oddział. Przy wyjeździe z pracy po godz. 15. wraz z samochodem skierowany zostałem do rewizji. Strażnicy długo czegoś szukali, w końcu wyjaśnili, że poszukują dużej bańki z olejem. Poinformowałem ich, iż znajdą ją na cyjanowodorze, sprawdzili to telefonicznie i dali mi spokój. Mechanizm werbowania donosicieli, jak się później dowiedziałem był bardzo prosty. Wystarczyło, że ktoś wynosił jakiś drobiazg nap. pręcik szklany do podpierania kwiatków, jak to zdarzyło się mojemu bezpośredniemu szefowi, a w rozchylonej marynarce zauważył to strażnik, to wówczas stawiał warunek braku wyciągania konsekwencji, jeśli doniesie o jakimś poważniejszym wykroczeniu. Takich niezamierzonych, a jednak o słabym charakterze donosicieli było niestety wielu.
W 1962 r. spotkał mnie
awans i
zostałem kierownikiem laboratorium ruchowego na Z-VI. Przedtem było ono w
dobrych rękach a poza tym wykonywane tam były stale powtarzające się analizy,
więc miałem dużo czasu. Przechodząc do laboratorium Zakładu Tworzyw Winylowych
(Z-VI) znalazłem się ponownie w czarownym kręgu polimetakrylanu metylu (PMM) w
Bud. D-102A, gdzie razem z prof. Sokalskim byliśmy świadkami pierwszej w Polsce
blokowej w płytach polimeryzacji metakrylanu metylu. Kierując tam analitycznym
laboratorium ruchowym połączyłem się z gronem osób w pełni już zaangażowanych w
technicznej produkcji blokowego w płytach PMM. Był to wspaniały zespół młodych
wówczas, pełnych twórczego zapału osób takich jak: mgr inż. Józef Grzegorzewicz
- kier. Z-VI, mgr inż. Józef Gołdynia - technolog Z-VI, mgr inż. Kazimierz
Miłoń - technolog Wydziału PMM, później jego kierownik. Jednocześnie byli moimi
kolegami z wieczorowych studiów politechnicznych. Oczywiście instalacja
produkcyjna PMM zlokalizowana została już w innym miejscu, tu w D-102A zostały
tylko biura i laboratoria.
Mając dużo czasu
dostałem
polecenie opracowania metody otrzymywania perełkowego PMM. To miejsce było
szczęśliwe i stosunkowo szybko opracowałem bardzo skutecznie działający
emulgator na bazie polimerów soli kwasu akrylowego. Działał tak dobrze, że
żadna z prawie stu próbnych polimeryzacji nie zblokowała, ani w szkle, ani w 15 l., ani w 250 l. autoklawie. W pracach tych doświadczeniem i zdrowym inżynierskim osądem wspomagał
mnie znany mi inż. Jan Krzanowski z Działu Gł. Technologa ZChO. To był
wspaniały dla PMM okres, ten zespół musiał osiągnąć cel. Niestety brak
powtarzalności jakości produktu ujemnie wpłynął na dalszy los tej technologii.
Wysłana 50 kg próbka do firmy Reifenhäuser w RFN uzyskała bardzo dobrą opinię.
Tak dobrą, że pozwolę sobie ją przytoczyć wraz z kopiami raportów (Ryc. 1 i 2).
„Pracownicy działu doświadczalnego firmy Reifenhäuser sądzą, że materiał w
nadesłanej postaci winien się dobrze przerabiać i wyrazili swe uznanie,
stwierdzając, że rzadko zdarzało się, ażeby partia nowego polimeru od nowego
producenta, mogła być w pierwszej próbie przerobiona."
Jednak błąd leżący prawdopodobnie w czystości surowców, do czego doszedłem parę lat później, wpłynął ujemnie na powtarzalność wyników. Obniżyło to zaufanie kierownictwa do metody, mimo że produkt charakteryzował się niskim ciężarem cząsteczkowym, a wiec był łatwy do przetwórstwa nawet w stosunkowo niskich temperaturach, co stanowiło jego zaletę a potwierdziła to przeprowadzona próba. (Ryc. 2)
Natomiast przy nadarzającej się okazji mgr inż. Romuald Truszczyński wymienił ją w NRD na technologię stosującą trójchlorek glinu. Technologię, która wielokrotnie doprowadzała do zblokowania w reaktorze. Szkoda tylko, że nie udzielono zgody na opatentowanie mojej technologii, bowiem kilka lat później z technicznej literatury zorientowałem się, że była stosowana na Zachodzie. Natomiast importowany z NRD przepis stał się podstawą opracowania technologii otrzymywania perełkowego PMM na Z-VI, ale już bez mojego udziału i poza D-102A. Wiele lat później w swobodnej wspomnieniowej rozmowie z moim byłym szefem mgrem inż. Józefem Grzegorzewiczem, który był już pracownikiem ministerstwa, usłyszałem, że dlatego zamienili technologię moją na tą z chlorkiem glinu, bowiem obawiali się, iż będę stawiał zbyt wysokie żądania. I tak wśród najlepszych przyjaciół psy zająca zjadły, gdyż zadziałała zwykła ludzka zawiść.
Sprawy płytowego polimetakrylanu metylu (PMM) stały się ponownie przedmiotem mojego wielkiego zainteresowania bodajże wczesną wiosną 1964 r. Było to już po opanowaniu produkcji płyt kolorowych, transparentnych i nieprzeźroczystych oraz mlecznych i to różnych grubości. Problemem wówczas stała się produkcja płyt metapleksowych z efektem perłowym. W dyskusji z kolegami, w której każdy z nas miał odmienne zdanie o tym, co jest powodem takiego wspaniałego efektu, nie miałem innego wyboru jak tylko zaprzęgnąć sprzęt laboratoryjny do udowodnienia swoich racji.
Pigmentem dającym efekt perłowy była dyspersja jakiegoś materiału, może otrzymanego z rybich łusek, z muszli perłopławu, z jakiegoś minerału, bądź otrzymanego w sposób sztuczny na drodze przemian fizykochemicznych. Mikroskop „Zeissa" pozwalający na powiększenia prawie 2000 razy przy zastosowaniu cieczy immersyjnej przy różnych systemach oświetlania, i współpracujący z nim aparat fotograficzny Exacta RTL 1000 oraz pracownia fotograficzna pana Kuźniaka w budynku E-119 dały rezultaty. Okazało się, że dający najlepszy perłowy efekt jest syntetyczny pigment Iriodin color firmy E. Merck, A.G. Darmstadt. Jest on dyspersją sześciobocznych regularnych płytek, których wielkość po przekątnej wynosi ok. 60 mikronów przy grubości od 6 do 8 mikronów. Płytki pigmentu swoimi dużymi płaszczyznami w trakcie polimeryzacji orientowały się równolegle do płaszczyzn płyty PMM, grupując się w jej środku. Należy przypuszczać, że działo się to za sprawą elektryczności statycznej.
W lipcu 1964 r., w ramach urlopu, razem z bratem, mieszkańcem Gdańska i naszymi rodzinami biwakowaliśmy nad Bałtykiem u ujścia Piaśnicy w Dębkach. Pewnej nocy obudził nas ruch na obozowisku. Wywołał go patrol służby granicznej, który obozującym sprawdzał dokumenty. Na nogi postawił mnie głos wopisty, żądający przyznania się: „Czyja jest ta samodzielna jednostka pływająca?”
Przyznał się do niej mój brat, a ową jednostką był mały jednoosobowy pontonik, na którym pływaliśmy po Piaśnicy, bojąc się wypływać na nim poza linię brzegową, gdyż najmniejsza fala mogła go wywrócić. Bratu udało się w końcu przekonać służbę graniczną o nieszkodliwości tej „samodzielnej jednostki pływającej”, gorzej jednak było z nami. Sprawdziwszy nam dokumenty drobiazgowo wypytywali się o cel naszego pobytu, o naszych znajomych nad Bałtykiem, posiadane tutaj wyposażenie i niemal sprawdzali, czy nasz wartburg nie jest przypadkiem amfibią. Indagowani o przyrządy do pływania, stwierdziliśmy, że mamy tylko stroje kąpielowe. Zakazali nam wyjeżdżać i zapowiedzieli wizytę patrolu oficerskiego. Rzeczywiście, ku zdumieniu biwakowej ferajny, koło południa ponownie rozpoczęło się, ale tylko już nas przesłuchanie. Porucznik, nie stwierdziwszy z naszej strony żadnego dla ustroju zagrożenia, na koniec rozmowy, jakby mimo woli na swoje usprawiedliwienie w cztery oczy powiedział: „Zamknęli nam całą jedną zmianę”. Zagadka naszego specjalnego przez służbę graniczna traktowania wyjaśniła się dopiero po naszym powrocie do Oświęcimia. Okazało się, iż w tym samym czasie i z tej części wybrzeża, do Szwecji usiłował się dostać Zdzichu wraz z rodziną i przyjaciółmi. Niestety we własnej robocie motorówce zepsuł się wał do śruby i przywiało ich na powrót do Peerelu. Oczywiście przejął ich poranny patrol, a widać tą zamkniętą zmianą była poprzednia za niezauważenie ich wypłynięcia. Mieli jednak trochę szczęścia, bo objęła ich amnestia z racji 20. lat PRL.
Wówczas wiosną 1964 r. formułując te spostrzeżenia dot. Iriodinu, a które były potwierdzeniem moich wcześniejszych przypuszczeń nie sądziłem, że za kilka miesięcy staną się dla przyszłości ludzi i działań tak bardzo istotne. Zdzisław Niżnik, którego inteligencję, umiejętności, wiedzę i przyjaźń wysoko sobie ceniłem, będąc mimo tych zalet bezrobotnym w wyniku swojej bałtyckiej eskapady, spytał mnie, co produkować, żeby to były małe ilości, ale za to drogie, a najlepiej ażeby były importowane ze strefy dolarowej a nie z rublowej. Odpowiedź była jedna – Iriodin color Mercka.
Rzekło się więc i po wielu godzinach i dniach spędzonych w bibliotece technicznej nad „Chemical Abstract" mogłem przekazać Zdzisławowi dwie informacje o patentach, że ktoś tam, gdzieś tam otrzymał perłowy pigment z minii ołowiowej, kwasu octowego i dwutlenku węgla. Krótki czas miałem spokój, jednak będąc konsekwentnym musiałem dostarczyć mu kilka szklanych rurek oraz elektrody kalomelową i szklaną. Niedługo potem otrzymałem próbki zawiesiny pigmentu do oceny mikroskopowej. Z każdą otrzymywaną próbką moja ocena pigmentu była coraz bardziej entuzjastyczna. Doszło do tego, że pigment „Made by Niżnik" był bardziej jednorodny niż Iriodin Merck. Jednak na razie był on w środowisku wodnym i nie mógł być stosowany w produkcji PMM.
Zaproszony do „laboratorium" w jego mieszkaniu przy ul. Mendelejewa formalnie zdębiałem ujrzawszy kuchenny palnik gazowy, palnik Bunsena, tygielek, gaśnicę z
CO2 (dwutlenkiem węgla), 50-litrowy balon szklany, jubilerską wagę z kompletem odważników i pH-metr własnej roboty. Po krótkim czasie dostałem już próbki pigmentu we ftalanie dwubutylu. Mogłem przekazać je na produkcję. Opinia ruchu była jednoznaczna - prosimy o więcej!
Zdzisław Niżnik podpisał umowę z ZChO i stał się producentem i dostawcą pigmentu do produkcji płytowego perłowego PMM. Interes ten już w Bielsku tak rozwinął, że stał się dostawcą tego pigmentu również dla Ministerstwa Handlu Zagranicznego, które sprzedawało go za dolary do RFN i stale dopominało się o więcej, kusząc go możliwością sprowadzenia z Zachodu dla niego wielu różnych dóbr. MHZ zgodnie z jego życzeniem zakupiło mu Volvo, takie, jakie wybrał sobie z firmowego katalogu. Zginął potem w tym samochodzie, w wypadku na przejeździe kolejki wąskotorowej w okolicach Sochaczewa.
Kiedyś na moje pytanie, dlaczego nie opatentuje sposobu produkcji perłowego pigmentu, odpowiedział krótko: „Po co? Nikt mnie nie podrobi, recepturę mam w głowie, a patentując ułatwię innym bez zysku dla siebie”.
I znowu miał rację, bowiem mimo wielu starań nad odtworzeniem jego technologii, ZChO zaczęło ponownie sprowadzać Iriodin. Doktorzy z Instytutu Chemii Ogólnej w Warszawie nachodzili wcześniej Zdzicha, absolwenta tylko Liceum Farbiarsko-Chemicznego w Bielsku, później mnie. Padały buńczuczne stwierdzenia miejscowych magistrów. Nawet UB parokrotnie nękało mnie próbując słownie „zmiękczyć", ale nie byli oni dla mnie partnerami do rozmowy. Właściwie to byłem jedynym, ze względu na zasób wiadomości, mającym szansę odtworzenia tej technologii. Złożyłem w tej sprawie stosowną propozycję jego rodzinie, nie została jednak podjęta, a bez ich akceptacji, ze względu na pamięć o przyjacielu nie chciałem nawet próbować jej odtworzenia.
Kolejna dla mnie metakrylanowa sprawa wyniknęła z polecenia doskonałego w tych pionierskich warunkach mojego i Z-VI szefa mgra inż. Józefa Grzegorzewicza. Dowiedziałem się, że mam zająć się chromatograficzną analizą śladowych zanieczyszczeń monomeru metakrylanu metylu, bowiem produkcja blokowego i perełkowego PMM nie może utrzymać powtarzalności i zachodzi podejrzenie niedoskonałości dotychczas stosowanych metod analitycznych. Nazwa tej metody wiosną 1965 r. niewiele mi mówiła, a prośba o jej przybliżenie przez mgra Mieczysława Hudzika, szefa pracowni chromatograficznej ZNB (Zakładu Naukowo Badawczego powstałego z przekształcenia Instytutu Syntezy Chemicznej) również niewiele dała. Otrzymałem jednak informację, że szkoda mojego czasu na rozmowy z nimi w tej sprawie i mimo moich dobrych, towarzyskich tam stosunków zaistniała pełna blokada informacyjna. Trzeba dopowiedzieć, że wówczas nie było jeszcze książek na ten temat.
Zgodnie więc z zaleceniem szefa udałem się do Lublina na UMCS do prof. A. Waksmundzkiego. Ten uroczy, otwarty i rzeczowy profesor oddał mnie w ręce swojego asystenta, jakby swego powtórzenia, dra Zdzisława Suprynowicza. Zwarte a zrozumiałe wyłożenie zasad chromatografii gazowej, plik prospektów i specyfikacji w jęz. angielskim, pełnych nowego niezrozumiałego słownictwa i wielka wola pomocy asystenta, który przecież wraz z profesorem prowadził zajęcia wyjaśniły mi bardzo wiele. Doprowadziły w efekcie, po rzeczywiście pełnym dniu pracy, do wyspecyfikowania zespołu chromatografu gazowego wraz z wyposażeniem i częściami zapasowymi firmy Perkin Elmer. Zabawne w tej sprawie było i to jeszcze, kiedy z kamienną twarzą przekonywałem skutecznie urzędników zaopatrzenia o konieczności zakupu za duże dolary chromatografu zamiast aparatu Orsata, jako że w obu do analiz stosuje się gaz. Najmocniejszym socjalistycznym argumentem było ulżenie pracy laboranta i zmniejszenie ilości etatów, co było bzdurą oczywistą, ale skuteczną. Mówienie o zwielokrotnionej czułości tej metody analitycznej było wręcz rzeczą szkodliwą politycznie. Cóż, takie to były wówczas socjalistyczne głupie czasy.
Kiedy we wrześniu 1965 r. pojechałem na kurs chromatograficzny na Politechnikę Gdańską, gdzie ku mojemu zadowoleniu wykładał na tymże kursie prof. A. Waksmundzki, byłem już „doświadczonym" chromatografistą i użytkownikiem wspaniałego zestawu firmy Perkin Elmer. Przypuszczenia szefa były absolutnie słuszne. W miarę zwiększania precyzji analitycznej i jej rozumienia przez pracowników ruchowych zwiększała się powtarzalność w otrzymywaniu dobrego PMM. Panie profesorze Waksmundzki, Panie doktorze Suprynowicz, dziękuję Wam w imieniu oświęcimskiego polimetakrylanu metylu.
Na Targach Poznańskich w 1966 r. na stoisku „Perkin Elmera", złożywszy stosowne podziękowanie przedstawicielom firmy za doskonały instrument poprosiłem o pomoc w znalezieniu bardziej stosownego wypełnienia kolumn chromatograficznych do analizy śladów zanieczyszczeń w monomerze metakrylanu metylu. Usłyszałem, że: „To niemożliwe”. Usłyszałem też, dlaczego analiza chromatograficzna monomerów winylowych jest niemożliwą, bowiem nastąpi polimeryzacja na aktywnej przecież powierzchni wypełnienia kolumn. Przypomniał mi się trzmiel, który winien spaść, gdyby znał prawa aerodynamiki. Po moim oświadczeniu, że już 6 miesięcy analizuję chromatograficznie monomer dla ruchu ciągłego na tych kolumnach i sądzę, że firma znając inne wypełnienia pomoże osiągnąć mi lepsze rezultaty, zapanowała głęboka konsternacja, dopiero po chwili została okraszona grzecznościowymi uśmiechami. Trzmiel miał rację, że nie spadał, a pracownicy Perkin Elmera nie mieli jej, bowiem nie znali zasad polimeryzacji monomerów winylowych.
Warunkiem tejże polimeryzacji było przede wszystkim zgrupowanie cząsteczek monomeru, jakby masy krytycznej a dopiero czynnikami pomocniczymi była temperatura i katalizator. Monomer w chromatografie nie występuje w nagromadzeniu, bowiem jest albo w fazie gazowej, albo jako kondensat w monomolekularnej warstwie na wypełnieniu kolumny. Nawet w odparowalniku chromatografu niespełnione są warunki polimeryzacji, z czego zdawał sobie sprawę już Niżnik konstruując grzałkę płytową w kubie kolumny destylacyjnej akrylonitrylu. Jedynym widomym rezultatem tej rozmowy było przysyłanie mi przez 15 lat informatorów o nowościach firmy Perkin Elmer. Niestety byłem wówczas młodym pracownikiem ruchowym, choć już z dużym doświadczeniem i swoich niezaprzeczalnych, pierwszych w świecie osiągnięć w analizie monomeru metakrylanu metylu, nie opublikowałem w fachowej prasie. Uważałem wówczas, że od pisaniny są naukowcy a ja jestem przecież ruchowcem, co było błędem. To moje zaangażowanie w analitykę z wykorzystaniem gazowej chromatografii jedynie zaowocowało faktem, że to ja, zamiast jakby można sądzić pracownicy Pracowni Chromatograficznej Zakładu Naukowo Badawczego, służyłem pomocą i uruchamiałem chromatografy mniej wprawnym w tym zakresie pracownikom laboratoriów ruchowych na terenie ZChO. Niejako likwidowałem tego rodzaju zaistniały monopol ZNB, co niestety później obróciło się przeciwko mnie.
Złoty, zaczarowany okres mojej symbiozy z PMM i Budynkiem D-102A zakończył się z chwilą mojego przejścia we wrześniu 1967 r. do Wydziału Zastosowań, którego szefem był mgr inż. Włodzimierz Garliński, gdzie zostałem również kierownikiem laboratorium, ale o całkiem innym charakterze i zlokalizowanym na ulicy B. Celem tegoż laboratorium nie była kontrola toku produkcji, jak to ma miejsce w laboratoriach ruchowych, czy sprawdzanie zgodności z normą surowców i produktów końcowych, jak to ma miejsce w laboratoriach kontroli technicznej. Jego celem było badanie możliwości zastosowania produktów ZChO, jak i opiniowanie wchodzących w życie nowych norm jakościowych. A więc jakby poza „normalnymi” działaniami analitycznymi dysponowałem możliwościami badania kauczuków oraz wykonywaniem typowych analiz fizyko-chemicznych.
Ponieważ z ZChO wychodziła cała paleta wyrobów końcowych, głównie tworzyw sztucznych o wielorakich możliwościach zastosowań, byłem więc zobowiązany do stałego poszerzania swoich zadań poprzez badania możliwości ich zastosowań. Miałem również świadomość o wysokich wymaganiach, jakie będę musiał postawić swoim współpracownikom, choćby dlatego żebym nie musiał stale patrzeć im na ręce. W stosunku do nich, zapewniając ich o całkowitej tajemnicy, zastosowałem kilka prostych testów, określających ich możliwości psychofizyczne, co pozwoliło mi na skierowanie ich do prac zgodnych z ich naturą. Dodatkowo jeszcze ze współpracownikami zawarłem niepisaną, ale jak się później okazało stosowaną umowę. Umówiliśmy się, że jeśli ktoś popełni błąd, skutkujący nawet stratami materialnym, a wzajemnie go sobie wyjaśniając będzie mówił prawdę, to uznam to wydarzenie jako etap szkolenia. Natomiast, jeśli nawet jakieś drobne szczegóły tego wydarzenia będzie usiłował ukryć przede mną to w dwójnasób będę rygorystycznie wyciągał konsekwencje. Uważam, że umowa ta zdała w pełni egzamin, bowiem w ciągu 5. lat pracy na Wydziale Zastosowań nie miałem podstaw do karania a w 1. przypadku to szef obciął mi premię, gdyż nie chciałem ukarać pracownika, który wg mojej oceny popełnił błąd w wyniku nieświadomości.
Niejako rozpędem z pomocą wyższej generacji chromatografu gazowego włoskiej firmy „Carlo Erba" opracowałem częściową analizę jakościowo-ilościową polimerów winylowych, w tym oczywiście polimerów akrylowych i metakrylanowych. Było to możliwe, gdyż wg mojego projektu mechanicy, elektrycy i pomiarowcy dorobili mi dozator depolimeryzacyjny do chromatografu. Pozwoliło to na rzeczowe określanie, a nie zgadywanie podstawowego składu jakościowego i ilościowego różnych, nawet mieszanek, polimerów winylowych. Oczywiście przedyskutowałem ten problem na Targach Poznańskich z przedstawicielami firmy Carlo Erba. Włosi zaproponowali mi dwutygodniową praktykę w Mediolanie celem dopracowania metodyki. Zaproszenie to było imienne wyłącznie dla mnie, przebywałbym tam na koszt firmy i jedynie musiałbym opłacić przejazd. Niestety w sprawach zagranicznych praktyk badawczych ostateczną decyzję podejmował dyrektor ZNB dr inż. Jerzy Jaworski. Decydenci-badacze z ZNB, chcąc sami pojechać, na mój udział nie wyrazili zgody, więc nikt nie pojechał. Cóż kolejny objaw zarówno zawiści jak i rewanżu za moje antymonopolistyczne działanie dla pożytku ZChO w zakresie chromatografii gazowej.
Jeszcze takim odpryskiem mojego polimetakrylanowego zauroczenia były w 1972 r. sprawy badań reologicznych stopionego PMM oraz określanie jego optymalnych parametrów wtrysku. Podstawowym instrumentem w tych badaniach był programowany wieloczynnościowy instrument do badań reologicznych i wytrzymałościowych o bardzo szerokim zakresie działania szybkości i siły firmy „Instron", oraz wtryskarka firmy „Engel" ze stosownymi formami. Praca ta nie była pozbawiona momentów zarówno pełnych konsternacji, jak i zabawnych.
Otrzymałem bowiem od szefa polecenie po zamontowaniu natychmiastowego uruchomienia wtryskarki f-my „Engel”. Była to wtryskarka już używana i dowiedziałem się, że jakiś czas była magazynowana poza zadaszeniem, a więc do jej układu hydraulicznego zapewne dostała się deszczówka. Zreferowałem sprawę szefowi, mgrowi inż. Włodzimierzowi Garlińskiemu, prosząc o zlecenie na prace przeglądowe dla mechaników. Otrzymałem jednak tylko polecenie bezwzględnego, natychmiastowego uruchomienia wtryskarki. Nie miałem innego wyjścia, jak korzystając z pomocy laborantki i własnych kluczy samochodowych dostać się do zbiornika hydrolu by pobrać próbkę znajdującej się tam cieczy. Była to rzeczywiście jakaś niejednorodna, rozdzielająca się ciecz, w której pływało coś na kształt nitkowatych glonów. Prezentując szefowi próbkę tej cieczy, usłyszałem ryk o nie wykonaniu polecenia służbowego. Odpowiedzią moją była prośba o ukaranie mnie, przy czym równocześnie stwierdziłem, iż mam świadka skąd pobierałem próbkę tej cieczy. Ostatecznie przyszli mechanicy i wyczyścili cały układ, napełniając go właściwym rodzajem hydrolu, zapewniając poprawne działanie wtryskarki. Zastanawiając się nad tą bulwersującą sprawą, doszedłem do wniosku, że szef, jako mocno partyjny, realizował zamiar swoich partyjnych przełożonych, którzy chcieliby mnie widzieć jako sabotażystę na ławie oskarżonych, a ja ponownie się nie poddałem ich zamysłom.
W przeciwieństwie do powyższego zabawnym epizodem można nazwać, gdy te same kształtki z PMM ważone na wadze analitycznej wykazywały za każdym ważeniem różnicę w tysięcznych grama. Nie zależało to ani od pogody ani od ewentualnych drgań wywołanych przejazdem pociągu, czy dużej załadowanej ciężarówki. Okazało się, że winę za to zjawisko ponoszą ładunki elektrostatyczne znajdujące się na powierzchni kształtek. Dopiero przetarcie ich środkiem antystatycznym pozwoliło na ważenie z dokładnością do jednej dziesięciotysięcznej grama. Efekt tych badań nie był znaczący, ale skonsolidował zespół i spowodował dopracowanie metodyki oceny parametrów wtrysku PMM.
W trakcie mojej pracy na Z-VI, czy TP (Wydział Zastosowań) nie zaniedbywałem swojego hobby, jakim były Beskidy i narciarstwo. Zostałem przewodnikiem górskim i instruktorem PZN (Polskiego Związku Narciarskiego). Z grupą podobnych jak ja entuzjastów zorganizowaliśmy kilkakrotnie szkoleniowe obozy narciarskie dla młodzieży szkolnej, głównie dzieci pracowników ZChO. Na jednym z takich obozów w Witowie mieliśmy ok. 100. dzieci i 10. instruktorów PZN oraz wychowawców i pielęgniarkę. Niestety fundusze i takie akcje przejął Dział Socjalny ZChO a obozy przestały być narciarskie, a często miały miejsce w terenie pozbawionym śniegu. Wówczas narciarstwo było niepoprawne politycznie, traktowano je jako sport elitarny a nie masowy. Żartowałem, że być może tak się dzieje, gdyż nie sekretarz partii a instruktor PZN może coś nakazywać na stoku. Niemniej jednak myślę, że narciarskiego bakcyla udało nam się zaszczepić oświęcimianom, jak również przypuszczam, że nie jednemu udało nam się zamienić kieliszek na narty. Organizowaliśmy także coniedzielne wyjazdy na narty w ramach Klubu Narciarskiego PTTK (Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego) i tradycja takich wyjazdów pozostała w Oświęcimiu do dzisiaj, choć kontynuują ją inne organizacje.
Z racji konsekwentnej kontynuacji tego swojego górskiego hobby zostałem ratownikiem Grupy Beskidzkiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. PTTK Oddz. przy ZChO, jak i ZChO chciało mnie zawłaszczyć nakazując mi zakładanie służbowej opaski GOPR przy każdym grupowym wyjeździe na narty. Zakładanie służbowej opaski miałem prawo i obowiązek tylko wtedy, gdy byłem delegowany przez GOPR, a ratować miałem obowiązek zawsze. Dlatego moją odpowiedzią było zabieranie na te wyjazdy apteczki, a opaski nie zakładałem, bowiem ZChO nie wystąpiło do GOPR o delegację dla mnie. Latem natomiast, jako przewodnik górski prowadziłem zarówno wycieczki szkolne jak i zakładowe.
Pewnego dnia przedstawiciele jakiejś jednostki służby zdrowia zwrócili się do mnie z problemem opracowania takich płyt PMM, by wykonane z nich zestawy sztucznych nerek pod wpływem warunków pracy (temperatura i media) nie powodowały przecinania bardzo delikatnych membran, co było zapewne wynikiem relaksacji naprężeń wyrażanych zmianą kształtu już wyprofilowanej płyty. Już myślałem, że dobrą passę pracy nad PMM z Budynku D-102A uda mi się przenieść na ul. B. Dużo wiedziałem o naprężeniach w blokowym PMM i wiedziałem również jak można je neutralizować, czy ukierunkowywać, stosując różne rodzaje płyt szklanych, czy specjalny reżim polimeryzacji oraz dojrzewania gotowego wyrobu. Zameldowałem szefowi o możliwości realizacji tego zadania i usłyszałem, że to on będzie to robił u mnie w laboratorium. Wyraziłem zgodę, ale pod warunkiem, że to ja będę miał ostateczne zdanie, jako odpowiedzialny za załogę i sprzęt. Szef, moim zdaniem, nie miał pojęcia o możliwościach prowadzonych w tym kierunku działań. Znał bowiem tylko teorię polimeryzacji, a nie stronę doświadczalną. Rozpoczął swoje prace z wykorzystaniem umywalki w części socjalnej swojego biurowca. Poza blamażem, oczywiście nic z tego nie wyszło.
W trakcie swojej, jako kierownik laboratorium TP pracy, wprowadziłem w kilku przypadkach nową metodykę badania tworzyw sztucznych, wykorzystując i uruchamiając nowe urządzenia do badań chemicznych, fizycznych i mechanicznych. Światową nowością było zastosowanie chromatografii gazowej do badań zarówno monomerów jak i polimerów. Ta ostatnia możliwość była często wykorzystywana przez badaczy-doktorów z ZNB, którzy mieli problemy z określeniem składu zagranicznych polimerycznych próbek. Uruchomiłem wieloczynnościowe urządzenie f-my Instron, które pozwalało na badanie reologii stopionych polimerów, jak również wszechstronne, statyczne i dynamiczne badania różnych kształtek w tym polimerycznych. Mając komorę klimatyczną zajmowałem się również ochroną antykorozyjną z zastosowaniem polimerów. Na życzenie odbiorców testowałem także wulkanizację kauczuku i wytrzymałość powstałej z niego kształtek gumowych w warunkach odmiennych od polskich norm. Prowadzone były także badania sensoryczne pozwalające określić, czy nap. dana partia polistyrenu nadaje się do wewnętrznego zastosowania w lodówkach, często bowiem polimer ten miał zapach, który zmieniał walory smakowe żywności szczególnie masła.
Ostatnim urządzeniem, jakie miałem zamiar uruchomić była laboratoryjna wytłaczarka do badań reologii stopionych polimerów, na zasadzie pokonywania oporu wytłaczania, posiadająca zmienne ślimaki i dysze oraz możliwość ustawiania wybranych szybkości wytłaczania oraz temperatur na całej roboczej długości. Było to urządzenie pozwalające badać w sposób dynamiczny własności reologiczne stopionych polimerów. Pozwoliłoby to na precyzyjne i ekonomiczne ustawianie parametrów wytłaczania termoplastów. Niestety był to tylko zamiar, gdyż mimo nie kwestionowanych osiągnięć zawodowych, stałego poprzez literaturę dokształcania się oraz ukończenia podyplomowego studium w zakresie przetwarzania i stosowania tworzyw sztucznych na Politechnice Śląskiej, czy doskonalenia się na kursie PAN w zakresie chromatograficznej analizy zanieczyszczeń powietrza jak i doskonalenia się na kursie kadr kierowniczych w Ministerstwie Przemysłu Chemicznego, nie byłem przeszeregowywany. Gdy w tej sprawie zwróciłem się do szefa TP, i usłyszałem jak rżenie przeciągłe „Niiieee niiigdyyy!”
Wiedziałem już, że to są
moje
ostatnie
dni na terenie ZChO. W ciągu tygodnia załatwiłem sobie przejście za
porozumieniem stron, taka była bowiem socjalistyczna procedura, do Ośrodka
Badawczo-Rozwojowego Przetwórstwa Tworzyw Sztucznych w Mikołowie.
Po moim odejściu przez 6 miesięcy laboratorium spełniało swoje zadania bez kierownika, a inżynier, który przyszedł na moje miejsce zapowiedział, że ze względu na brak umiejętności, nie będzie zajmował się, ani chromatografią, ani kauczukami, podczas gdy ja jak trzeba było to pracowałem na walcarce, czy kalandrze, ale to on otrzymał wynagrodzenie wyższe niż ja mógłbym pomyśleć zwracając się z tą sprawą do szefa. Gorycz pozostawienia interesującej i rozwojowej pracy oraz doskonale pracującego laboratorium, jak i znanego i przyjaznego mi środowiska osłodziła przekazana na pożegnanie opinia Działu Kadr (Ryc. 3).
W listopadzie roku 1972 stałem się pracownikiem Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Przetwórstwa Tworzyw Sztucznych w Mikołowie, początkowo jako starszy projektant w Zakładzie Wyrobów Rynkowych, a nast. jako technolog w Zakładzie Studiów i Prognoz. OBRPTS dla zakładów przemysłu przetwórstwa tworzyw sztucznych stanowił jednostkę badawczą, której celem było inspirowanie produkcji nowych wyrobów i pomoc w ich wdrożeniu w oparciu o możliwości produkcyjne i krajowe zasoby surowcowe. Natomiast celem Zakładu Studiów i Prognoz było określanie prawdopodobieństwa możliwych kierunków rozwoju przetwórstwa tworzyw sztucznych w warunkach polskiego przemysłu. Była to ciekawa praca koncepcyjna w oparciu o literaturę, rozpoznawanie technologii zakładów produkcyjnych i ograniczone, ale jednak możliwości przeprowadzania badań i prób z wykorzystaniem urządzeń OBRPTS. Sama praca była rozwojową a stosunki na moim poziomie poprawne. Zdawało mi się, że jedyną poważną wadą była sprawa dojazdu. Był on zorganizowany dla kilku dojeżdżających osób, bowiem dowożono nas osobowo-towarowym żukiem, ale nie rzadko musieliśmy korzystać z autostopu lub własnych samochodów.
Poza normalnymi pracami, tj. studialnymi i analizą kierunków światowych, zorganizowaliśmy się w kilku osobową grupę o różnych specjalnościach, nie tylko z naszego Zakładu, by stworzyć zespół mogący rozwiązywać również złożone technologiczne problemy. Nasz zespół niejako przy okazji rozpoznawania wielu problemów zgłosił kilka wzorów użytkowych i jeden patent w styczniu 1974 r., który za numerem 97292, przez Urząd Patentowy PRL został uznany jako wynalazek i opublikowany 30.06.1979 r. Dotyczył on sposobu wprowadzania środków pomocniczych pod postacią granulatu w procesach przetwarzania termoplastycznych tworzyw sztucznych. Wg naszej oceny patent ten znacznie zmniejszał wartość importu ze strefy dolarowej, bowiem ograniczony byłby do komponentów i to nie wszystkich a sam proces wytwarzania granulatu był możliwy do realizacji na istniejących w naszym przemyśle urządzeniach. Jednak, mimo, że na głównego autora tego patentu wytypowaliśmy szefa naszego Zakładu, inż. Gustawa Pieczabę, który był także sekretarzem pop (podstawowej organizacji partyjnej - PZPR), choć ja właśnie byłem inicjatorem i realizatorem przeprowadzanych prób, to sprawa została skutecznie zablokowana przez dyrekcję OBRPTS.
Wypada wyjaśnić naszą decyzję dotyczącą głównego autorstwa tego zgłoszenia patentowego, otóż w naszym pięcioosobowym zespole była zasada rotacji na pierwsze miejsca w naszych zgłoszeniach patentowych i w tym przypadku wypadło na naszego szefa. Dyrekcja a ściślej dyrektor OBRPTS prof. dr inż. Maria Tokarzewska, przekazanie patentu do wdrożenia uwarunkowała wstawieniem na pierwsze miejsce swojego pupilka dra Kućmierczyka. Zespół nasz po naradzie nie wyraził na to zgody i taką jego decyzję przekazałem pani dyrektor. Stanowisko nasze uzasadniłem, że przecież nawet większe korzyści materialne może mieć cały zespół dra Kućmierczyka, jeśli podejmie i zrealizuje prace wdrożeniowe, do których nasz zespół może nie wchodzić, ponieważ w zasadzie jesteśmy pracownikami biurowymi bez zaplecza laboratoryjnego. Mimo mojej opinii, iż ominięcie zastrzeżeń patentowych jest niemożliwe, mając takie polecenie, zespół dra Kućmierczyka przystąpił do prób ich ominięcia. Trwały one kilka miesięcy i nie dały spodziewanego rezultatu. W efekcie pięć osób swoje świadectwo autorskie o dokonaniu wynalazku mogło tylko w ramki oprawić, a przemysł przetwórstwa termoplastów nadal wydawał duże dolary na komponenty, które w bardzo dużej części, mogły być załatwione za złotówki w ramach tegoż przemysłu.
Pewnego dnia szef jako sekretarz pop poczuł się w obowiązku zwrócić mi uwagę, iż nie udzielam się w pracach społecznych dla OBRPTS, czy Zjednoczenia. Wyjaśniłem, że jednak dojazdy z Oświęcimia uniemożliwiają stawanie na zawołanie do prac społecznych, ale ja jako ratownik ochotnik Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego jestem zobowiązany do przepracowania bez wynagrodzenia minimum 100 godzin w ciągu roku, niemniej społecznie w GOPR pracuję przeciętnie powyżej 500 godzin rocznie. Więcej na ten temat nie było między nami rozmowy. Trzeba jednak wyjaśnić, że owe prace społeczne w zakładach pracy, wykonywane przez osoby nie nawykłe do takich działań, kosztowały więcej niż ich rzeczywista wartość. Trzeba było bowiem przygotować teren, sprzęt i przeprowadzić mobilizację pracowników, tylko po to, by w sprawozdaniu opisać działanie, nap. wyrównano teren i posiano trawę oraz przekazać w nim ilość i czas zaangażowania do tych działań pracowników. To ostatnie było najistotniejsze, bowiem poprzez roboczogodziny można było wyliczyć dla celów sprawozdawczych wartość pracy społecznej a tym samym określić stopień akceptacji poleceń partii i stale wdrażać „masy pracujące” do ich wykonywania, co było najważniejsze w tychże pracach tego czasu.
W sierpniu i wrześniu 1975 r. Zjednoczenie Przemysłu Tworzyw i Farb „Plastofarb”, któremu podlegał OBRPTS, oddelegowało mnie do Zakładów Tworzyw Sztucznych Pronit „Erg” w Pionkach, gdzie w charakterze tłumacza pomagałem w uruchomieniu produkcji sztucznej skóry o nazwie POLCORFAM. Nie pomogło tłumaczenie, że język angielski znam tylko z gimnazjum oraz z literatury technicznej, i że nigdy nie rozmawiałem po angielsku a na studiach był przecież tylko język rosyjski. Musiałem pojechać i udawać pełnosprawnego tłumacza. Szczęśliwie Amerykanie byli bardzo wyrozumiali a szef ich grupy prowadził rozmowę jak na zajęciach z dykcji, stosując wyłącznie krótkie proste zdania. Z Amerykaninami, z którymi miałem do czynienia, na co dzień, by uniknąć nieporozumień, bardzo często porozumiewaliśmy się na piśmie, co było dla mnie bardziej zrozumiałe niż ich ustny przekaz. Jeden z członków amerykańskiej ekipy był polskiego pochodzenia i można było z nim prawie poprawnie rozmawiać po polsku. To on wobec mnie wyraził zdziwienie, dlaczego kupiliśmy całą instalację do produkcji sztucznej skóry Corfam? Bowiem tam w USA, Old Hickory, Nashville, Tennesse, pod tą instalacją mieli już założone ładunki wybuchowe, by ją zburzyć, wyrównać teren i wybudować kolejną wg nowszej technologii a tu naraz trafił im się taki doskonały kupiec, który nie tylko zapłacił za to, co miało iść na złom, ale jeszcze wysprzątał, co do śrubki, cały teren. Jednocześnie jednak demonstrował mi zalety Corfamu, który to wyrób w naszych warunkach był jednak dużym osiągnięciem technologicznym. Ciekawostką i nowością tego procesu w porównaniu do wielu polskich instalacji był fakt opomiarowania i sterowania procesu z wykorzystaniem pneumatyki. Należy dodać, że w tym czasie na Zachodzie zdecydowanie dominowało już elektroniczne sterowanie i opomiarowanie procesów technologicznych.
Ów Polonus nie mógł również zrozumieć, dlaczego po zdemontowaniu całą instalację wraz z zużytymi częściami w tym i z przerdzewiałymi rurami przeznaczyliśmy do wysyłki do Polski, przecież taniej od transportu złomu przez Atlantyk byłoby zrobienie dokumentacji technicznej i przesłanie jej do Pionek. Poczucie wstydu nie pozwoliło mi wytłumaczyć mu, że na taką delegację do USA kierowała partia, a nie logika i widać wysłano osoby, które potrafiły przypilnować by nie zaginęła zardzewiała śrubka, ale nie znały się na rysunkach technicznych, nie mówiąc już o technologii. Jako przykry, ale i śmieszny fakt opowiadano mi i pokazywano miejsce fontanny między kolejnymi dwoma budynkami procesu technologicznego. W trakcie rozruchu bezsurowcowego, ale z użyciem wody jako medium sprawdzano szczelność i możliwość przesyłania cieczy z jednego budynku do drugiego. Gdy kierownicy instalacji w tych budynkach nie mogli telefonicznie dojść do porozumienia, gdyż jeden twierdził, że podaje wodę pod dużym ciśnieniem a drugi, że mu mało co kapie, wyszli naprzeciw siebie, ale zamiast ciężkich słów uśmieli się, bowiem spotkali się przy fontannie zrealizowanej przez przerdzewiałą, ale amerykańską rurę.
Już po powrocie do Mikołowa spotkałem się z jeszcze jednym faktem braku wiedzy u decydentów. Każdy technolog, mający do czynienia z polimeryzacjami monomerów winylowych w tym i chlorku winylu, wie jak wiele różnych rodzajów jednego polimeru może powstać z jednego monomeru, i że te fizyko-chemiczne różnice decydują o możliwościach zastosowania polimerów. Ministerialni decydenci od Corfamu, którym strona amerykańska zaproponowała stałe dostawy polichlorku winylu, będącego komponentem tego bardzo złożonego produktu, kompozytu licowanego poliuretanem, odmówili zakupu specjalnego typu PCW, wchodzącego w skład tego kompozytu. Uważali bowiem, że posiadanie w kraju dwóch wytwórni PCW w pełni zabezpieczy produkcję Polcorfamu. Niestety prawa technologii chemicznej to nie prawa dialektyki wg Marksa i zmiany ilościowe nie prowadzą do jakościowych, a innymi słowy tony suspensyjnego PCW nie zamienią się w kilogramy PCW potrzebnego do produkcji Polcorfamu. O sprawie tej dowiedziałem się na naradzie w Zjednoczeniu, gdzie poza przedstawicielami z Pionek było parędziesiąt osób związanych z przetwórstwem tworzyw sztucznych. W zasadzie ja byłem jedynym związanym zarówno z przetwórstwem, jak i wytwarzaniem polimerów winylowych. Zorientowawszy się, w czym tkwi problem, zaproponowałem porozumienie w tej sprawie ze znanym mi drem Karolem Mitorajem z ZNB w Oświęcimiu, bowiem wiadome mi było, że właśnie on rozwiązywał problemy związane z produkcją różnych typów PCW. Kolejna narada, już w ograniczonym zespole, ale z udziałem dra Karola Mitoraja, potwierdziła moje przypuszczenia, iż jest on jedyną osobą mogącą rozwiązać ten problem i tak się też stało.
W kwietniu 1976 r. zostałem służbowo przeniesiony do Zespołu Technologii i Gospodarki Materiałowej w charakterze specjalisty do spraw technologii w Zjednoczeniu Przemysłu Tworzyw i Farb w Mikołowie. Stałem się biurkowcem-urzędnikiem, czego nie lubiłem. Rekompensatą były częste wyjazdy do różnych zakładów przetwórstwa tworzyw w Zjednoczeniu. Miałem więc okazję do uzupełniania swojej wiedzy oraz przekazywania jej na poziomie różnych szczebli, jak również niestety nękały mnie sprawozdania, zestawienia itp. sprawy. Przetwórstwo tworzyw sztucznych w zakresie różnych komponentów, środków pomocniczych i pigmentów w dużej mierze opierało się na dostawach ze strefy dolarowej. W pewnym okresie na skutek braków dewizowych, my technolodzy dostaliśmy polecenie przekazania stronie radzieckiej zakupionych przez nas za dolary sposobów produkcji, by specjaliści radzieccy swoimi materiałami zastąpili zachodnie komponenty. Nie było z kim rozmawiać, by przekonać, że różnice norm zachodnich i radzieckich są zbyt duże aby je można porównywać a różnice technologiczne przetwórstwa także wręcz uniemożliwiały tego rodzaju działanie. Inaczej mówiąc nazwa komponentu mogła być tożsama, ale różnica jakościowa uniemożliwiała stosowanie jego w zachodniej technologii. Wg naszej oceny było to przekazanie ZSRR wielu tysięcy dolarów w postaci sposobów produkcji. Należy uznać, iż ocena ta była słuszną, bowiem nie spotkałem się z faktem zastąpienia zachodniego komponentu komponentem radzieckim.
Czasami trafiały się bardzo dziwne zakupy dla zakładów Zjednoczenia. Oddelegowano mnie do oceny jednego z nich. Była to bardzo duża wtryskarka, mogąca produkować lite lub spienione wielko gabarytowe przedmioty nap. skrzynki na towary żywnościowe, czy butelki. Z tą wtryskarką przyszła forma wtryskowa na dziecinne narty. Za jednym wtryskiem otrzymać można było dwie narty o długości 1 m z tworzywa konstrukcyjnie spienionego. Wszystko byłoby dobrze, gdyby grubość w przekroju poprzecznym nart była jednakowa, ale niestety, zarówno jedna jak i druga narta z jednej i tej samej strony była grubszą o parę milimetrów. Ta forma po prostu nadawała się tylko na złom i taką też opinię przekazałem dyrekcji. Dziwiłem się tylko jak został zawarty kontrakt, skoro wobec tak oczywistego błędu wyrobu nie została wdrożona procedura reklamacyjna.
W ramach programu tworzywa sztuczne w budownictwie mieszkaniowym w ZPTS w Czeladzi uruchomiono produkcję profili okiennych. Ponieważ profile te odbiegały od założonych norm jakościowych dyrektor ds. produkcji i kooperacji inż. Zbysław Kosiński wysłał mnie do Czeladzi bym znalazł przyczynę i winnych tych błędów produkcyjnych. Moja lustracja tego ciągu produkcyjnego była niekorzystna dla projektantów i odpowiedzialnych za uzupełnianie zużytych części opomiarowania. Błędem projektowym bowiem była lokalizacja kilku ciągów wytłaczarek z obszarem sezonowania i magazynowania gotowych profili na jednej dużej niemożliwej do utrzymania stałych warunków klimatycznych hali, do której nieustannie wjeżdżały ciężarówki po zakupione profile. Natomiast przy samym procesie wytłaczania niemożliwe było utrzymanie wymaganych parametrów temperaturowych, gdyż ok. 1/3 czujników temperaturowych działała wadliwie i należało je wymienić na dobre, ale zaopatrzenie nie chciało wydawać dolarów. W takich warunkach produkowane, sezonowane i magazynowane profile okienne tylko przez przypadek mogły być zgodne z normą. Taką też opinie na piśmie przekazałem dyrektorowi. Dyrektor zażądał abym wskazał winnych tego stanu rzeczy. Odpowiedziałem, że winien jest projektant i decydent dolarowy, który uniemożliwia zakup nowych czujników do pomiaru temperatury. Dyrektor stwierdził, iż winienem wskazać winnych wśród pracowników bezpośrednio zatrudnionych przy tej produkcji, a ponieważ tego nie chcę zrobić to skreśla mnie z listy „R”. Parę dni później wrócił z Czeladzi niezbyt rozgarnięty technik, który wsławił się, co najmniej dwoma sprawami. Opisując wyrób zatytułował go „Wanienka do kompania niemowląt”, przez „om” a nie „ą” oraz otrzymał pochwałę od dyrektora Kosińskiego za wykonanie jego polecenia. Początkowo nie wiedziałem, czym jest lista „R”. Starsi koledzy uświadomili mnie, że lista „R” jest wykazem pracowników Zjednoczenia przeznaczonych do awansu na dyrektorskie stanowisko w jakimś zakładzie. Zrozumiałem wówczas, iż obiegowe porzekadło: „Jeszcze nie dyrektor a już świnia” ma swoje podstawy bytu. Zrozumiałem też, że mój czas pracy w Zjednoczeniu Przemysłu Tworzyw i Farb dobiega końca.
Za sprawą informacji uzyskanej od oświęcimskiego kolegi projektanta, pracującego we Włocławku a będącego pracownikiem Biura Projektowego „Prosynchem” w Gliwicach, na zasadzie porozumienia stron od 1.10.1979r. rozpocząłem pracę w Brzeziu pod Włocławkiem. Była tam realizowana budowa 300 tys. t PCW rocznie. Budowę tą prowadził gliwicki „Prosynchem”, będący Biurem Projektów i Realizacji Inwestycji Przemysłu Syntezy Chemicznej Zjednoczenia „Petrochemia”, poprzez Zarząd Budowy Kompleksu PCW we Włocławku. Dyrektorem Zarządu Budowy był mgr inż. Marian Pietraszek. Charakterystyczną i rzeczowo wprowadzającą była pierwsza z nim odprawa dot. możliwości, obowiązków i odpowiedzialności. Puentą było stwierdzenie, że wykonawcom inwestycji, poza bieżącą kontrolą jej realizacji nie możemy powiedzieć, iż czegoś nie wiemy, a co dotyczy danego odcinka robót, bowiem mamy do dyspozycji swoją wiedzę, cały pokój wypełniony dokumentacją w jęz. angielskim i brytyjskich projektantów z f-my „Petrocarbon” jako specjalistów. Poinformowano nas również, że wszystkie poprawki wprowadzane do projektu i realizowane na budowie nawet, jeśli naprawiają oczywiste błędy projektanta są wprowadzane na koszt strony polskiej. Nieco to było dziwne, ale trudno dyskutować z faktami.
Zostałem zatrudniony w charakterze st. specjalisty ds. rozruchu, a faktycznie, z ramienia B. P. „Prosynchem” było to stanowisko inspektora nadzoru postępującej budowy. Po tej pierwszej odprawie, a jej myśl przewodnia realizowana była na następnych, zrozumiałem, że łacińskie powiedzenie: „Hic Rhodus, hic salta” jest tutaj na miejscu. Bowiem dosłownie mówi ono: „Tu Rodos, tu skacz”, czyli w dowolnym tłumaczeniu: „Pokaż, co potrafisz”.
Rzeczywiście trzeba było fizycznie skakać po wielu poziomach instalacji i skakać mentalnie po całym swoim zasobie wiedzy zarówno technicznej jak i o ludziach. Porzekadło: "Nie każdy Anglik jest lordem" też czasami się tam sprawdzało, a dotyczyło ono pracowników angielskich zatrudnionych przy montażu. Wielu z nas w tym i ja prowadziło zeszycik RWD, co oznaczało – ratuj własną d.... W nim notowane były czas i miejsce przekazanych poleceń, dokonywane uzgodnienia a nawet ważniejsze rozmowy dot. budowanej instalacji. Trzeba przyznać, że był to bardzo mądry zeszycik, parę razy umocnił moją pozycję i uratował przed blamażem lub czymś gorszym oraz nie pozwolił ograć się przez angielskich monterów.
Po roku pracy w Pracowni Chloru i Ługu Sodowego RC dotychczasową umowę zawartą ze mną na czas określony przekształcono na umowę zawartą na czas nieokreślony, a było to rzeczywistym wyrazem uznania mnie jako niezbędnego pracownika. Faktem jest, że czasami dla rozpoznania wielu spraw zostawałem w pracy ponad 8 godzin. Głównie jednak w pracy procentowała mi moja wiedza z zakresu materiałoznawstwa, budowy instalacji chemicznych oraz o dziwo z zakresu analityki chemicznej, bowiem nap., jako jedyny z zespołu Zarządu Budowy, mogłem zadysponować właściwe urządzenie pracowni chromatograficznej.
Z dniem 1.05.81 r. zostałem przeniesiony do Pracowni RW, gdzie zostałem kierownikiem Zespołu Przygotowania Rozruchu Chlorku Winylu w Zarządzie Budowy Kompleksu PCW. Był to poważny awans i odpowiedzialność. Szczęśliwie ta technologiczna tematyka nie była mi obcą, a rozruchy i współpraca zarówno z kierownictwem jak i pracownikami przyszłego ruchu również, bowiem kilka takich rozruchów jako mistrz zmiany przepracowałem w Oświęcimiu. Tutaj czułem się ponownie doceniony, jak na początku pracy w Kędzierzynie. Otrzymywałem zadanie a po jego wykonaniu rzetelną ocenę. W czasie swojej 27. miesięcznej pracy we Włocławku z 17. kategorii zaszeregowania awansowałem do 18. i również w sposób znaczący dwukrotnie zwiększano mi wynagrodzenie zasadnicze. Zawsze otrzymywałem premię regulaminową w wysokości 75 % i premie kwartalne przewyższające dwukrotnie miesięczne wypłaty a poza tym nie omijały mnie różne dodatki jak: za staż pracy, specjalne, czy funkcyjne. Przyznano mi także nagrodę za 25 lat pracy w przemyśle chemicznym, którą to nagrodę winienem dostać 5 lat wcześniej. Ciężko i z dużą odpowiedzialnością pracowałem, za co byłem nie tylko finansowo doceniany i to właśnie sprawiało mi zadowolenie. W 1981 r. średnia miesięczna moich zarobków przekroczyła trzykrotne moje zarobki w Oświęcimiu, czy Mikołowie. Dostawałem także zwrot kosztów dojazdów dwa razy w miesiącu do Oświęcimia, co wykorzystywałem jeżdżąc maluchem. Z czym wiązało się zabawne drogowe wydarzenie.
W poniedziałek o świcie wracałem z Oświęcimia do Włocławka. Padał deszcz. W Kowalu na łuku ulicy omijającej kościół zostałem zatrzymany przez jednoosobowy patrol w radiowozie milicyjnym. Milicjant kiwaniem palca wyciągnął mnie z malucha i posadził obok siebie i żądając dokumentów stwierdził przekroczenie dozwolonej prędkości. Spisywał moje dane głośno sylabizując. Zmienił mi nazwisko z Szydlik na Szydlak. Ostrym głosem zapytał o imię ojca. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą - „Jan”. A dalej już miękko zapytał – „A mamusi”, gdy odpowiedziałem, zapewniał mnie, że nie napisze raportu, ani nie naliczy mi punktów za przekroczenie drogowe. Ledwo tłumiąc śmiech, pożegnałem się z przedstawicielem władzy i odjechałem swoim maluchem. Jego zmiana tonu i późniejsza uprzejmość wynikała z faktu, iż pierwszym sekretarzem w Wojewódzkim Komitecie PZPR w Poznaniu był właśnie Jan Szydlak. W Zarządzie Budowy zadziałało z potrzeby prawo rynku pracy – potrafisz, to masz i rób więcej i lepiej, czego nie było, ani w Oświęcimiu, ani w Mikołowie. Tam bowiem władzą rozkoszowała się partia (PZPR) „przewodnia siła narodu” a rządziły mniej lub bardziej partyjne układy, co przynosiło tylko ekonomiczne szkody zakładowi i całemu przemysłowi.
W lipcu i sierpniu 1980 r., tym decydującym o przyszłości czasie u nas na Budowie wyczuwało się atmosferę spokojnego wyczekiwania, bowiem mieliśmy świadomość, że strajk w naszych warunkach nie wymusiłby na władzy niczego a uznając kontrakt za zerwany wyjechałyby zagraniczne ekipy i tym samym zakończyłaby się Budowa Kompleksu PCW, co byłoby niewymierną stratą dla wszystkich. Natomiast we wrześniu tegoż roku, po powstaniu u nas komitetu strajkowego a nast. po złożeniu w warszawskim sądzie wniosku o rejestrację Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” a szczególnie po jego rejestracji przez Sąd Najwyższy w listopadzie, rozpoczęły się zapisy do tegoż Związku. Prawie wszyscy pracownicy Zarządu Budowy zostali członkami Związku. Nadal nie myśleliśmy o jakimkolwiek rzeczywistym strajku. Przeciwnie w obawie przed prowokacją, ponieważ Kompleks PCW graniczył z lasem, w ramach komitetu strajkowego i NSZZ „Solidarność” oraz oczywiście bez szkody dla pracy, zorganizowaliśmy system czujek, których zadaniem była obserwacja terenu. Te działania były szczególnie intensywne w marcu 1981 r., w czasie „sprawy bydgoskiej”, kiedy to funkcjonariusze SB i MO pobili przedstawicieli „Solidarności” zaproszonych na obrady Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy. NSZZ „Solidarność” przy Zarządzie Budowy, nie wysuwając jakichkolwiek żądań w stosunku do pracodawcy, wiosną 1981 r., rozpoczął wewnętrzną pracę organizacyjną określając funkcje i zadania w bieżących działaniach oraz na wypadek wrogich działań władz państwowych..
Wybrane zostały władze NSZZ „Solidarność” przy Zarządzie Budowy. Odbywały się otwarte związkowe zebrania, ale również miały miejsce spotkania w ścisłym gronie zaufanych osób. Mieliśmy bowiem świadomość, że przy tak dużej ilości przyjętych osób do naszego Związku zapewne znajdą się i wtyczki, które być może nawet na skutek polecenia partii, czy SB (Służby Bezpieczeństwa) weszły w nasze związkowe środowisko. Na tych ograniczonych i zamkniętych spotkaniach omawialiśmy ewentualne nasze poczynania wobec niektórych działań władz. Zastanawialiśmy się m. in. nad tym, dlaczego w jedną z sobót i niedziel lipca w Gorzowie Wlkp. wojsko przejęło władzę w mieście, poprzez jakby zmobilizowanie wszystkich służb miejskich. Niestety nikt z nas nie potrafił się domyślić, że jest to zapowiedzią tego, co stanie się w grudniu. Na jednym ze spotkań wyznaczone zostały 3 utajnione osoby, które na wypadek zaaresztowania oficjalnego Zarządu NSZZ „Solidarność” przy Zarządzie Budowy miały za zadanie odtworzenie tajnej struktury naszego Związku. Jednym z tej trójki zostałem ja. Dnia 13 grudnia 1981 roku rozpoczęła się wojna polsko-jaruzelska. Gdy w TVP zobaczyłem smutnego pana w okularach i generalskim mundurze informującego o stanie wojennym zrozumiałem lipcowe przymiarki w Gorzowie Wlkp.
We wrześniu, w rozmowie z dyr. „Prosynchemu” zostałem poinformowany o nowym prawie pozwalającym pójść na wcześniejszą emeryturę. Równocześnie gdy wyraziłem zdziwienie dlaczego winienem się tym interesować, dyrektor zapewnił mnie, że chciałby ze mną nadal współpracować, ale winienem przecież wiedzieć, iż działania inwestycyjne we Włocławku są na ukończeniu a „Prosynchem” nie jest w stanie dać mi mieszkanie w Gliwicach i nie sądzi również, że będę mógł codziennie dojeżdżać z Oświęcimia do Gliwic. Zrozumiałem, iż moje złote inżynierskie czasy się kończą, że muszę iść na emeryturę. Po porozumieniu się z żoną przyjąłem dyrektorską propozycję. Ta wcześniejsza emerytura była nowością w prawie, a została ona stworzona by wielu zasłużonym w PRL dać możliwość ucieczki od konieczności zastosowania się do praw, jakie sygnalizował NSZZ „Solidarność”. Dlaczego tylko oni mieli być beneficjantami minionego czasu? Rozumiejąc to, postanowiliśmy razem z żoną zostać wczesnymi emerytami, tym bardziej, że mogliśmy w większym niż dotychczas zakresie kultywować swoje turystyczne hobby oraz to, że właśnie dzięki niemu, z dużo większą przyjemnością niż pracując w przemyśle chemicznym, mieliśmy szansę dorabiania do emerytury.
Przejście na wcześniejszą emeryturę było w naszym przypadku uwarunkowane czasem pracy – min. 30 lat i co najmniej III grupą inwalidztwa. W przemyśle chemicznym miałem przepracowane więcej niż 30 lat a inwalidą zostałem na komisji lekarskiej kwalifikującej do emerytury, gdy przedstawiłem jej dawne, robione w Oświęcimiu zdjęcie rentgenowskie moich kręgów szyjnych. Miałem dyskopatię na odcinku szyjnym kręgosłupa i to tak znaczną, że komisja była przekonana, iż odczuwam ból. Nie wyprowadzałem jej z błędu i nie informowałem, że dzięki wytrwałej rehabilitacji i dużej mojej ruchliwości dyskopatię uznaję jako przeszłość i jedynie jestem niższy o parę cm. Na pożegnalnym spotkaniu z koleżeństwem, wyrażano obawy, że prowadząc tutaj tak bardzo ruchliwy i dynamiczny żywot, to będąc emerytem zanudzę się na śmierć. Gdy poinformowałem ich, iż razem z żoną jesteśmy przewodnikami beskidzkimi i terenowymi oraz instruktorami przewodnictwa, a ja jestem instruktorem narciarskim PZN (Polskiego Związku Narciarskiego) oraz ratownikiem GOPR, zrozumieli drugą stronę mojej decyzji. Popołudniem, 31.12.1981 r., spakowawszy się z trudem do „malucha”, wracałem do Oświęcimia już jako emeryt. Śmieszył mnie tylko cyrk prezentowany przez wojsko i milicję, gdy na każdej granicy województw sprawdzano moje dokumenty, w tym oczywiście, czy mam przepustkę.
Jedyną dobrą stroną wojny polsko-jaruzelskiej były pustawe stoki narciarskie. Można było swobodniej jeździć i jako ratownik też miałem mniej roboty. W pozostałym nawet tym emeryckim życiu, po pierwszym ok. miesięcznym okresie, kiedy telefony były wyłączone, wojna ta była dla mnie tylko uciążliwością przeplataną informacją w słuchawce telefonicznej, że: „Rozmowa kontrolowana”. W TVP za to był przegląd mundurów i służalczości dziennikarskiej. O potrzebie uciążliwości tego czasu przekonał mnie pewien oficer MO a rzecz się miała w siedzibie SB przy ul. Władysława Jagiełły. Zwróciłem się do niego o przepustkę dla siebie i mamy (lat 77) na dojazd na dworzec w czasie godziny milicyjnej by pociągiem pojechać do Katowic oraz bym mógł wrócić nocą do Oświęcimia po jej odprowadzeniu na nocny bezpośredni pociąg do Gdańska do brata. Wyjaśnić trzeba, że w czasie godziny milicyjnej tj. od 22. do 6. jedynie wolno było przebywać w mieszkaniach, zakładach pracy lub w pociągach, czy na dworcu PKP, ale nie na ulicy. Odmówił mi uzasadniając, że ludzie muszą wiedzieć, iż jest stan wojenny. Widać telewizyjna komedia nawet dla tego oficera była za mało przekonywującą. Wyjechaliśmy z mamą wcześniej, przesiedzieliśmy parę godzin w katowickiej poczekalni PKP, usadowiłem mamę w pociągu a sam resztę nocy przesiedziałem na dworcu PKP w Katowicach i w Oświęcimiu.
Właściwie to nie przestałem pracować, jedynie zmieniłem charakter pracy i pracodawcę nie będąc z nim w stosunku służbowym. W tym czasie stosunkowo dużo przebywałem w Beskidach na ratowniczych dyżurach GOPR, bądź prowadząc wycieczki najczęściej młodzieżowe. Przez kilka zim miałem służbę jako ratownik sezonowy na Hali Miziowej, Rysiance i Ochodzitej. Po za tym miałem dyżury jako ochotnik zarówno zimowe jak i letnie w Szczyrku, na Markowych Szczawinach, Klimczoku, Brennej, czy Szyndzielni a nawet latem przez 6 tygodni dyżurowałem na Połoninie Wetlińskiej i pod Tarnicą w Bieszczadach. Równocześnie w miesiącach końca i początku roku szkolnego prowadziłem wycieczki szkolne do różnych miejscowości oraz w Beskidy. Najczęściej były to Bieszczady, Beskid Niski, Sądecki i nasz Mały, Śląski, czy Żywiecki oraz Kielecczyzna. Jako pilot i przewodnik terenowy prowadziłem wycieczki również do wielu różnych miast Polski i charakterystycznych krain jedynie poza Mazurami i Szczecinem. A jako instruktor narciarski PZN prowadziłem szkolenia i obozy narciarskie. Będąc członkiem Koła Przewodników przy Oddziale PTTK ZChO otrzymywałem zlecenia na prowadzenie wycieczek z Biura Obsługi Ruchu Turystycznego tegoż Oddziału.
Pod koniec 1988 r. wyszła ustawa zezwalająca na osobiste prowadzenie działalności gospodarczej. Pozwoliło mi to we wrześniu 1989 r. na zarejestrowanie swojej przewodnickiej działalności jako Biuro Usług Przewodnickich „Trasa”, co dało mi możliwość przyjmowania zleceń bezpośrednio od organizatora wycieczek, obozów, czy szkoleń oraz oczywiście miałem prawo i obowiązek wystawiania rachunków za wykonane usługi. Stałem się jakby jednoosobową instytucją. Wreszcie sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Wycieczki brałem od różnych instytucji, ale najczęściej ze Spółdzielczego Biura Turystycznego „Turysta” w Oświęcimiu. Najbardziej lubiłem prowadzić je w Bieszczady i do Warszawy, co stało się jakby moją specjalnością. W Bieszczadach nie miałem problemów, bowiem sam byłem przewodnikiem, natomiast w Warszawie czasami zdarzały mi się problemy z przewodnikami. Była taka pani przewodnik, co na cmentarzu komunalnym nie chciała przejść do Dolinki Katyńskiej, a gdy ja zaprowadziłem tam grupę to pod byle pretekstem, sądząc, że ktoś z prowincji nie zna Warszawy, odmówiła pilotowania autokaru. Więc zająłem jej miejsce obok kierowcy i poprowadziłem na Plac Józefa Piłsudskiego, wówczas jeszcze Zwycięstwa. Gdy tam omawiała krok defiladowy i rolę gwoździ w butach, by krok słychać było na całym placu, to po jej wypowiedzi poprosiłem młodzież pod arkady Grobu Nieznanego Żołnierza i uzupełniłem wiadomością skąd ten Żołnierz tu został pochowany oraz wyjaśniłem, jakich tablic z nazwami bitew tu brak, i że one są w Muzeum Narodowym. Innym razem, gdy zabrakło przewodnika muzealnego po Łazienkach Królewskich a miejski zabrał się do tego nieporadnie, to ja przejąłem inicjatywę. Trzeba jednak przyznać, że w zdecydowanej większości po Warszawie oprowadzali bardzo dobrzy przewodnicy, od których można było się wiele nauczyć. Jednak takie jak wyżej wydarzenia oraz by nie tracić czasu na spotykanie się z miejskim przewodnikiem wpłynęły, że przejąłem rolę przewodnika po Warszawie i myślę, że moje rodzinne miasto było ze mnie zadowolone.
Czas płynął, w Polsce zachodziły istotne zmiany zarówno organizacyjne, jak i w sposobach myślenia i działania wielu osób. Kiedy więc w 1998 r. miałem tylko 3 zlecenia na kurs narciarski i wycieczki szkolne, a w nast. roku żadnego zlecenia, to w 1999 r. zrezygnowałem z prowadzenia Biura Usług Przewodnickich „Trasa”. Niestety w 1996 r. skończyłem 65 lat i zgodnie z przepisami GOPR stałem się ratownikiem, który może pełnić służbę jedynie na dole, nap. w Szczyrku przy telefonie, bowiem gdyby pełnił ją na górnych stacjach, to jego ubezpieczenie byłoby zbyt kosztowne. Miałem jeszcze miesiąc dyżurów na dole w Szczyrku, ale to dlatego, że połowę dnia przeznaczałem na buszowanie w jagodziskach. Niemniej jednak siedzenie przy biurku i telefonie było dla mnie zbyt trudne i dlatego w GOPR przeszedłem w stan pozasłużbowy.
W październiku 1989 r. aktorka Joanna Szczepkowska w TVP obwieściła, że: „4 czerwca 1989 r. skończył się komunizm”. Należy jednak to rozumieć, iż wówczas na skutek wyborów 4.06.1989 r. nastąpił koniec komunistycznego systemu monopartyjnego, koniec PRL, co formalnie nastąpiło niespełna pół roku później. Niestety pozostała jednak postkomuna, ustalenia „okrągłego stołu” oraz „gruba kreska” Tadeusza Mazowieckiego. W zabawny sposób to mi się zasygnalizowało już w listopadzie 1989 r., przy sprawie Konstantego Czekana, którego poznałem w biurze NSZZ „Solidarność”, jak szukał kontaktu ze Stowarzyszeniem Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę Niemiecką. W skład Zarządu Koła w Oświęcimiu tego Stowarzyszenia weszło w dniu 6.11.1989 r. 15 osób, których wiek nie wskazywał, by mogły być więźniami III Rzeszy a dotychczasowa działalność sugerowała, że szybko wykorzystali przyzwolenia „okrągłego stołu” i „grubej kreski”. Cóż, jedni myśleli o polityce, choćby lokalnej a drudzy działali w podziale nie swoich pieniędzy. By nie być gołosłownym warto przytoczyć nazwiska tych osób: Przewodniczący – Jan Grubka, z-ca – Stefan Zemła, sekretarz – Alojzy Borowczyk oraz członkowie: Emil Szafraniec, Maria Kanikuła, Barbara Popczyńska, Helena Nykiel, Marian Patyk, Magdalena Widera, Jan Rzepka, Helena Ziarnkiewicz, Wanda Jędrysik, Józef Pędziwiatr, Emil Grubka, Maria Hanuszkiewicz.
Pan Konstanty Czekan urodzony w 1906 r., będąc politycznym więźniem w Katowicach, w 1943 r. został przewieziony do KL Auschwitz a nast. do KL Mathausen. Wg jego oświadczenia, jak dotychczas (listopad 1989 r.) nie przyznano mu I kategorii inwalidzkiej, nie otrzymuje też żadnej renty, czy emerytury oraz nie otrzymał jakiegokolwiek finansowego zadośćuczynienia ze strony niemieckiej. Mieszkał w Piotrowicach pow. Oświęcim w częściowo zrujnowanej chałupie. Pomogłem mu w zarejestrowaniu się jako poszkodowany w oświęcimskim kole tegoż Stowarzyszenia. Zobowiązałem się także, żeby nie musiał przybywać do Oświęcimia, to ja w jego imieniu, gdy będę miał przejeżdżać przez Przeciszów, to wcześniej dowiem się w Stowarzyszeniu, co słychać w jego sprawie i przyjadę do niego z tą wiadomością. Wiosną 1990 r. wpadłem do lokalu Stowarzyszenia, a wówczas dyżur pełnił jego przewodniczący Jan Grubka, któremu przedstawiwszy się w imieniu kogo działam, zadałem kilka pytań dot. ogólnie tej sprawy i konkretnie sprawy Konstantego Czekana, w tym czy jest potwierdzenie jego rejestracji. Nie otrzymałem jakiejkolwiek rzeczowej odpowiedzi poza znudzonym - „Nie wiem”. Więc się go spytałem: „To, po co Pan tutaj siedzi?” I otrzymałem odpowiedź: „Panie Szydlik my zawsze z Panem mieliśmy kłopoty.” Podziękowałem mu za tak wspaniałą ocenę i oświadczyłem, że traktuję ją jako najwyższe odznaczenie za moją dotychczasową postawę. To „my” odniosłem do przeszłości z przed trzydziestu kilku lat, kiedy mnie doświadczali, ale teraz oceniam, iż było również mimowolną zapowiedzią ich i moich późniejszych kłopotów.
Kolejne, pierwsze już nie kontraktowe a w
pełni demokratyczne wybory do Parlamentu III RP miały miejsce 27 października
1991 r. Przed tym terminem zawiązywały się partie, koalicje i powstawały listy
kandydatów na posłów i senatorów. Powstała szansa zaistnienia na lokalnej mapie
politycznej. Wówczas byłem lokalnym działaczem Porozumienia Centrum. W lipcu
1991 r. bazując na materiałach programowych przyjętych na I Kongresie PC, w
którym uczestniczyłem, opracowałem ich lokalne uzupełnienie będące równocześnie
założeniami programowymi PC w Oświęcimiu i województwa bielskiego. Nasze Koło
PC uznało mnie jako kandydata do Sejmu. Jednak na liście, wystawianej przez
władze wojewódzkie PC w Bielsku-Białej, znalazłem się na miejscu 7., czyli
ostatnim. Nie pomogły przekonywania, że Oświęcim jest drugim, co do wielkości
miastem w województwie, że znam doskonale całe województwo i jego potrzeby, co
pozwoliło mi napisać założenia programowe. Ustalanie miejsca było wg koneksji i
pieniędzy.
Ta 7. osobowa lista (Ryc. 4) została przesłana do Zarządu Głównego PC celem
lustracji i zatwierdzenia występujących na niej osób jako kandydatów PC do
Sejmu RP.
W tym czasie w Zarządzie Wojewódzkim PC usilnie starałem się o większe docenienie kandydata z Oświęcimia, czyli siebie i przesunięcie na wyższą pozycję. Twierdziłem, że nie mogę zgodzić się na taką degradację Oświęcimia. W rozmowie na forum Zarządu oświadczyłem, iż wobec takiego stronniczego stanowiska, nieuwzględniającego pozycji Oświęcimia w województwie, na znak protestu zmuszony jestem zrezygnować z kandydowania do sejmu. Została zrobiona druga lista (Ryc. 5), na której na 7. pozycji znalazł się Jeremi Nieśpielak, 31 lat, magister historii i psychologii, mieszkaniec Oświęcimia. Do tej listy kandydatów dopisane zostały jeszcze dwie inne osoby na miejscach 8. i 9. Ta lista obarczona błędami zapewne wynikającymi z pośpiechu z braku czasu w kalendarzu wyborczym nie została poddana ocenie Zarządu w Warszawie.
Jeremi Nieśpielak był
nowym
mieszkańcem Oświęcimia. Przybył z Krakowa, gdzie mieszkał, studiował i
pracował. Poznałem go przy przyjmowaniu na członka Koła PC w Oświęcimiu. Po
prostu przedstawialiśmy się określając m. in. swoje wykształcenie, status
społeczny i możliwości działania. Kiedy Jeremi Nieśpielak m. in. powiedział, że
studiował historię i psychologię, to stwierdziłem, iż jest podwójnym magistrem,
czemu zaprzeczył, oświadczając, że nie złożył końcowych egzaminów. Do
Oświęcimia przybył już żonaty z czwórką dzieci i z samochodem volvo, który
stanowił jakby jego kapitał. Niestety nie miałem później okazji bliższej z nim
rozmowy, by zapytać się go, jaką to intratną miał posadę w Krakowie, która nie
wymagała posiadania dyplomu ukończenia wyższych studiów, ale za to umiejętności
historyka i psychologa. Dziwił mnie również fakt zamiany Krakowa na Oświęcim,
gdy miał już czwórkę dzieci dorastających do wieku szkolnego i zapewne posadę
dającą dobre dochody. Jak było do przewidzenia Oświęcim nie zaznaczył się na
mapie tych pierwszych w pełni demokratycznych wyborów do Parlamentu RP.
Dnia 4 czerwca 1990 r. rozpoczęła swoją działalność pierwsza po PRL, wybrana w pełni demokratycznie Rada Miejska Oświęcimia. Na członka tej Rady kandydowałem z ramienia Komitetu Obywatelskiego Oświęcimia. Niestety uzyskałem tylko połowiczne poparcie elektoratu, bowiem radnym stałem się dopiero w październiku 1991 r. na skutek rezygnacji jednego z członków Rady. Brałem udział w pracach Komisji Planowania i Rozwoju oraz Komisji Kultury. Byłem przeciwnikiem akceptacji planu przestrzennego zagospodarowania miasta opracowanego w 1990 r. przez śląski zespół autorów. W swojej opinii o tym opracowaniu wykazałem błędy merytoryczne oraz fakt nie do przyjęcia, zakładający rozwój miasta Oświęcimia na bazie rozwoju górnictwa węglowego. Wówczas już było powszechnie wiadomo, że rozwój górnictwa jest przeszłością a wydobycie węgla należy ograniczyć do 1/3. Uważałem, iż należy przystąpić do opracowania nowego planu przestrzennego zagospodarowania, uwzględniającego już nową organizację państwa i zachodzące w nim zmiany. Niestety nie przychylono się do mojej propozycji i zaakceptowano „górniczy plan”, przystąpiono do jego realizacji, poprawiając go poprzez t. zw. plany cząstkowe. Moim zdaniem unikanie opracowania rzetelnego planu mogło skutkować brakiem konsekwencji i spójności w realizacji zadań, w tym m. in. powstawaniem budowli bez zezwolenia, czego są dowody na terenie Oświęcimia. Natomiast sam fakt tworzenia zależnych od sytuacji a nie zaplanowanych wcześniej planów cząstkowych był i jest korupcjogenny.
Włączyłem się również w dyskusję nad działalnością Głosu Ziemi Oświęcimskiej (GZO). Zdecydowanie uważałem i uważam dalej, że Głos nie może być agendą Zarządu Miasta, że redaktorem naczelnym winna zostać osoba w wyniku konkursu a nie mianowania oraz wpływ na jego treść winni mieć zarówno mieszkańcy miasta jak i powiatu a nie jego władze dotujące gazetę i osoby będące na etacie miasta. Niestety mimo upływu 12. lat sprawy te nie zostały rozwiązane zgodnie z logiką i demokracją i nadal są pozostałością peerelowskiego totalizmu. W lutym 2000 r., jako autor cyklu historycznych artykułów zatytułowanych „Ziemia Oświęcimia”, zostałem współpracownikiem Redakcji GZO. Niestety stan ten trwał bardzo krótko. W ostatnich dniach lutego 2000 r. pełny skład Redakcji GZO, wezwawszy mnie „na dywanik”, oznajmił mi o konieczności zamknięcia rubryki „Ziemia Oświęcimia”. Wyjaśniono mi wówczas, iż mam kontrowersyjne podejście do historii Oświęcimia. Jak się w rozmowie okazało, tą kontrowersją było moje nast. stwierdzenie: „. . . ulic dawnej Chrzanowskiej a obecnie jeszcze niestety Janka Krasickiego . . .” Problem był w tym „jeszcze niestety”. Rzeczywiście taki problem mógł mieć notabl z okresu wojny polsko-jaruzelskiej Włodzimierz Paluch i usłużna realizatorka jego przemyśleń redaktor naczelny GZO Monika Bartosz a jako zasłużona dla postkomuny jest naczelnym do dzisiaj. Rzecz w tym, że ta ulica wolą Rady nazwana została ul. Ignacego Krasickiego, a postkomuna wbrew prawdzie uznała, że jest to ulica Janka Krasickiego.
11 października 1998 r. odbyły się pierwsze po wojnie wybory do samorządowych władz gminnych, powiatowych i wojewódzkich, co stanowiło zapoczątkowanie w Polsce samorządzenia na tych trzech poziomach władzy. Od marca 1996 r. współdziałałem w Oświęcimskiej Koalicji Obywatelskiej (OKO). W sprawie tych samorządowych wyborów działałem w OKO Akcji Wyborczej "Solidarność” (AWS). W okresie przedwyborczym poza pisaniem do naszego biuletynu „Okiem Prawicy” zajmowałem się również koordynowaniem jego redakcji. Między innymi w tymże Biuletynie Nr 8 (marzec – kwiecień 1996) w artykule "Uczymy się demokracji - wybierajmy więc programowo" m. in. napisałem:
"Co ma więc zrobić ten zagoniony przez życie przeciętny polski wyborca? Albo pójdzie za wielkim wrzaskiem środków masowego przekazu, albo znajdzie proste logiczne, oczywiste wyróżniki między jawnością a swoistą cenzurą, między prawdą a kłamstwem i dobrem a złem. Wyróżnik musi być ostry by niemożliwy był balans tak jak to jest na ostrzu brzytwy. Gdzie trzeba spaść na lewo lub prawo. Gdzie trzeba się opowiedzieć, gdzie tylko różowi zostają, ale i to spadają a liczba ich maleje. Tym wyróżnikiem na ‘tak’ lub ‘nie’ jest właściwie ułożony program. Program potrzeb lokalnych zgodny z wymaganiami dążeń ogólnych.
Oczywiście można mieć całą paletę życzeń, wymagań sprzecznych i odmiennych. Szczególnie, jeśli jest wiele ugrupowań, partii i wodzów. Bowiem wówczas, z chęci wyróżnienia się grup i przywódców, oczywiście znajdowane będą tylko różnice i mowa będzie o kompromisach. A czymże jest kompromis, jeśli nie rezygnacją, z co najmniej części dążeń, a więc jest niekorzystnym układem dla obu stron. Czyż, więc nie lepiej jest formułować program, jego główne cele, opierając go na zbieżnościach i wspólnocie interesów. Na szukaniu tego, co łączy a odrzucania tego, co dzieli, by zbudować ‘consensus omnium’, czyli ‘zgodę wszystkich’ na bazie wspólnych dążeń jako jedno z kryteriów prawdy jak twierdzili starożytni demokraci. Jest to poważny próg do pokonania w działaniu na korzyść demokracji, ale próg jednoczący.
Znalazłszy wspólnotę w celu, kolejnym etapem winna być precyzja środków i drogi do jego osiągnięcia. To jest niezbędne by określić zakres ogromu realizowania zadań, by dopiero wówczas szukać i znaleźć osobę chętną i zdolną do pokonania trudów stania się i bycia przedstawicielem naszej lokalnej społeczności. Zdolną do realizacji nałożonych przez wyborców zadań. I nie byłoby to postępowanie logiczne, gdyby owa osoba nie została prawnie zobowiązana do ich realizacji. Trzeba więc mieć określona zadania lokalne, określone zadania centralne, zadania bliższe i dalsze w czasie. Trzeba mieć przekonanie o możliwości ich realizacji przez daną osobę i jej zobowiązanie do takiego określonego działania. By dopiero wtedy kandydować tę osobę do pełnienia określonej funkcji w społeczeństwie. Sprawa ujęta w tytule odsłania teraz swoje trzecie oblicze. Oblicze wyborów na poziomie gminnym, powiatowym i parlamentarnym, by cele programy, osoby realizatorzy były dobrane w sposób programowy, nie chaotyczny, by była zgodność akcji, czasu i miejsca.”
W świetle
aktualnej praktyki lokalnych wyborów
powyższy tekst wydawać
się może naiwnym, jednak sądzę, iż może warto go przeanalizować a nawet i
zastosować. Będąc w OKO jako członek Ruchu Społecznego (RS) AWS kandydowałem
bez rezultatu do Sejmiku Małopolskiego. W tym czasie lokalna prawica uczyła się
działania w warunkach demokracji, które były dla niej nowością po przeszło pół
wieku monopartii i totalizmu. Kosztowało to wiele trudu, środków i niestety nie
przynosiło zbyt wielkich rezultatów. Trzeba było jednak zaistnieć na lokalnej
mapie politycznej, by zbyt wiele nie zajęła jej posłuszna sekretarzom lepiej
zorganizowana postkomuna.
W ramach
tegoż zaistnienia w sposób widomy, Zarząd OKO spowodował wzniesienie Pomnika
Niepodległości na skwerku przed biurem "Turysty” w miejscu gdzie był
obelisk poświęcony żołnierzom Czerwonej Armii. Bowiem jest słuszną rzeczą by w
tym centralnym punkcie miasta dominował monument poświęcony 80 rocznicy
odzyskania niepodległości, a nie pomnik poświęcony ciemięzcom.
Niestety projekt pomnika był rozpatrywany poza gremium członków OKO, wyłącznie w zaciszu grupy inicjatywno-autorskiej, do której m. in. wypada zaliczyć Andrzeja Czarnika i Adama Bilskiego oraz Halinę Gębołyś i być może, dlatego nie ustrzegł się błędów dyskwalifikujących go jako wyraz niepodległości. Pomiędzy dwoma usytuowanymi od wschodu i zachodu granitowymi pylonami, w połowie wysokości umiejscowiony został orzeł w koronie, jako godło II i III RP i tablica ze stosownym napisem. (Ryc. 6) Tylko, dlaczego on nie jest nad tymi pylonami, symbolizującymi naszych sąsiadów i dlaczego jego głowa jest raczej opuszczona, czyżby był przytłoczony odzyskaną powtórnie niepodległością? Czy może mimowolnie chciano wyrazić podległość? Przecież byliśmy już w przedsionku NATO i w przededniu negocjacji o przyjęcie Polski do Unii Europejskiej.
W dniach 15-16 i 22-23 października 1998 r. miały miejsce warsztaty sesji strategicznej, której celem było dopracowanie się "Strategii rozwoju powiatu oświęcimskiego”. Była to sesja szkoleniowa prowadzona przez moderatorów Fundacji Promocji Gospodarczej Regionu Krakowskiego. Ze swej strony zaprezentowałem na niej swoją analizę w referacie "Miasto dla turystyki, turystyka dla miasta”. Uwypuklał on walory i możliwości regionu oraz kierunki niezbędnego działania celem ich właściwego wykorzystania. Jednym z istotnych punktów docelowych rozwoju regionu poprzez turystykę uznałem powołanie do życia wyższej szkoły jako filii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ona bowiem szkoląc młodzież w zakresie języków obcych, historii i informatyki a nawet gastronomii oraz hotelarstwa wyszkoli rozwojową kadrę dla szeroko rozumianego przemysłu turystycznego. Moim koronnym argumentem w dyskusji był historyczny fakt żywiołowego rozwoju miast uniwersyteckich, a jako przykład podawałem Kraków.
W wyniku samorządowych wyborów w 1998 r. powstały powiaty, które po raz pierwszy w historii powiatów uzyskały prawo do posiadania swojego godła – herbu. Zarząd powiatu oświęcimskiego, w czerwcu 1999 r. wystąpił z inicjatywą przyjęcia herbu i powierzył opracowanie jego koncepcji heraldycznej mgrowi Wojciechowi Drelicharzowi i drowi Zenonowi Piechowi z Zakładu Nauk Pomocniczych Historii i Archiwistyki UJ Polskiego Towarzystwa Heraldycznego Oddział w Krakowie. Krakowscy heraldycy zaproponowali czarnego orła z literą "O” na piersiach. Podstawą tej propozycji był późny rękopis "Klejnotów Długoszowych” zatytułowany "Liber insygniorum” autorstwa Erazma z Kamienia podający takie właśnie barwy księstwa oświęcimskiego. Zapis ten był z 1575 r., kiedy nie było już księstwa oświęcimskiego. Ostatni książę oświęcimski górnośląski Piast Janusz IV w 1457 r. sprzedał księstwo królestwu polskiemu a zmarł pomiędzy 1495 a 1497 rokiem. Podczas sejmu warszawskiego w 1564 r. król Zygmunt August wydał przywilej inkorporacyjny, uznając ziemie byłego księstwa oświęcimskiego i zatorskiego za część składową Korony Polskiej. Wg dokumentu inkorporacyjnego ziemie te, a więc nie księstwa, jako tzw. powiaty śląskie miały obowiązek występowania pod sztandarem (godłem) Ziemi Krakowskiej, a nie powiatowym, co, do którego istnienia brak jest danych źródłowych. W tytulaturze królów polskich nigdy nie było określenia "książę oświęcimski”. Natomiast określenie "herzog von Auschwitz” było w cesarskiej tytulaturze Habsburgów od 1772 r. Ponieważ w XVI w. nie było podstaw prawnych do używania zarówno tytułu jak i herbu księstwa oświęcimskiego, należy ten tytuł oraz herb o obojętnie jakich barwach uznać jako życzeniowe autorów z wieku XVI i późniejszych. Faktem jest, jak wspomniałem tytuł ten pojawił się w cesarskiej tytulaturze Habsburgów a czarny orzeł był mile widziany przez zaborcę, gdyż jego dwugłowy orzeł był również czarnym.
Wiesław K. Czarnik, jeden z lobbystów czarnego orła, zawiózł mnie (8.11.1999 r.) do siedziby Polskiego Towarzystwa Heraldycznego Oddział w Krakowie, by autorzy czarnego orła jako herbu powiatu oświęcimskiego, mocą swojej siedziby, swych tytułów i co najmniej pół tuzina równie utytułowanych pomocników, przekonali mnie do swojej propozycji. Niestety z powodu braku dokumentów nie dałem wiary Długoszowi i jego przepisywaczom, bowiem ten wielce zasłużony mąż czasami jednak się mylił, a co dopiero jego przepisywacze. Natomiast krakowscy heraldycy twierdzili, że barwa Orła Piastów książąt górnośląskich jest nieznana, gdyż z okresu ich panowania m. in. w Oświęcimiu zachowały się tylko odciski pieczętne, które nie są barwne. Do złotej barwy Orła górnośląskiego nie przekonał ich złoty orzeł na zworniku kaplicy grobowej Piastów w kościele franciszkanów w Opolu, ani też 27 miast mających w herbie złotego orła w tym m. in. Oświęcim, Kęty, Żywiec, Wadowice, czy Cieszyn. Nie przekonało ich i to, że złota barwa górnośląskiego Orła na niebieskim polu znajduje się w sztokholmskim "Codex Bergshammar” z l. 1450 – 1480, co jest opisane przez A. Heymowskiego w "Studia Źródłoznawcze”, Warszawa – Poznań 1967, s. 73. Barwy te potwierdza także testament ostatniego opolskiego księcia Jana Dobrego, zmarłego w 1532 r., jak również "Das Schlesische Wappenbuch" z 1578 r., "Siebmacher" z pocz. XVII w.
Uważam, iż należy jeszcze postawić retoryczne pytania: Czy prawdopodobne jest by pretendent do stolca krakowskiego, wielki gospodarz Górnego Śląska, założyciel wielu miast na nowym prawie w tym i Oświęcimia książę opolsko-raciborski Władysław (1225 – 1281 lub 1282), wbrew swoim przodkom i barwie orła w herbach zakładanych miast, zmienił jego kolor na czarny? Czy prawdopodobne jest by jego wnuk pierwszy książę oświęcimski Władysław I (? – 1321 a 1324), popierający Władysława Łokietka odstąpił od tradycji Piastów i przyjął czerń jako barwę dla swego Orła? Średniowieczny piastowski orzeł miał lotki skierowane ku dołowi, co widać na wielu odciskach pieczętnych, natomiast późniejszy pruski orzeł miał lotki skierowane promieniście, dlaczego więc rysownik zaproponowanego orła nie brał wzoru z Orła Piastów i dlaczego godło powiatu ma przypominać godło Prus?
Dnia 10 listopada 1999 r.
w przeddzień Święta Niepodległości
Rada Powiatu
Oświęcimskiego większością głosów przyjęła herb i flagę powiatu zaproponowaną
przez heraldyków z Krakowa. Sprawili to członkowie Rady wywodzący się z OKO
zapewne życzeniowo zainspirowani przez starostę Adama Bilskiego i kierownika
Zarządu Dróg Powiatowych Andrzeja Czarnika. Dyskusja o tym ważnym dla
mieszkańców powiatu wydarzeniu ciągnęła się jeszcze kilka miesięcy. Została
zamknięta w lutym 2000 roku tekstem autorstwa mgra Wojciech Drelicharza i dra
Zenona Piecha w GZO sponsorowanym przez Zarząd Powiatu. Została zamknięta tak
skutecznie, że nie wydrukowano II części mojego tekstu, mimo, iż chciałem
podobnie jak I cz. samemu sponsorować. Cóż zadziałała lokalna cenzura, bowiem w
II cz. były kluczowe sprawy m. in. omówione powyżej. Z dużym
prawdopodobieństwem można postawić pointę, że czarny orzeł nie formalnego herbu
życzeniowego już nieistniejącego księstwa oświęcimskiego w XVI w. stał się
godłem życzeniowym władz rzeczywistego powiatu oświęcimskiego.
Pikanterii temu
wydarzeniu dodaje fakt, iż w zbiorowym
opracowaniu p. t. „Polska
– Dzieje cywilizacji i narodu – Monarchia Piastów”, Bertelsmann Media &
Wydawnictwo Dolnośląskie, Warszawa-Wrocław 2003, na stronie 152 Zenon Piech m.
in. pisze: „Orzeł dolnośląski był czarny w złotym polu, a górnośląski –
złoty w polu błękitnym.” A na stronie nast., jakby potwierdzając
to stwierdzenie podaje barwny wizerunek górnośląskiego Orła istniejącego na
zworniku kaplicy grobowej książąt opolskich. (Ryc. 7). W trakcie tej cenzorsko
w GZO uciętej dyskusji zaproponowałem by godłem oświęcimskiego powiatu był
złoty piastowski Orzeł na czerwonym polu (Ryc. 8), świadczącym o powrocie ziemi
księstwa oświęcimskiego do swej macierzy – Ziemi Krakowskiej.
Należy więc teraz przytoczyć ostatnie zdania, po omówieniu ograniczania rozwoju Oświęcimia w ostatnich latach, z II części nie wydrukowanego w GZO otwartego listu do heraldyków z Krakowa:
"Nie wykluczam, iż ten nacisk oddziaływuje i na sprawę stanowienia herbu oświęcimskiego powiatu, tak by był on tematem i barwą bardziej miły dla twierdzących o wyższości niepolskich racji w tym miejscu. By stało się bardziej umiędzynarodowione a nawet eksterytorialne, bo i takie były żądania. Kończąc dla lepszego zrozumienia, tym, którzy nie mogli bywać w dobrych z łaciną szkołach, podobnie jak Panowie sądzę, że dictum sapienti sat est (mądremu to, co powiedziane wystarczy) do oceny źródła i sposobu działania w tej sprawie, gdy faktem stało się sponsorowanie Panów tekstu przez Urząd Powiatowy.”
Janusza Marszałka poznałem na spotkaniach wyborczych i na warsztatach strategicznych w 1998 r. Zawiązała się między nami współpraca, w czasie, której dopracowywaliśmy zagadnienia na te warsztaty. Korzystałem również w jego wiosce z możliwości pisania na komputerze swoich historycznych opracowań. Często także omawialiśmy postępujące zagrożenia rozwoju a nawet wręcz degradacji Oświęcimia. Do nich należy zaliczyć m. in. zmianę nazwy Zakładów Chemicznych "Oświęcim” na Firmę Chemiczną "Dwory”, która jest w stałej recesji, czego wyrazem jest upadek przedsiębiorstw filialnych a w szczególności Biura Projektowego. Jak również rozwijanie się sprawy strefy ochronnej wokół byłego obozu, co ogranicza a nawet miejscami wręcz uniemożliwia rozwój dzielnicy Zasole, czego dowodem jest przebieg sprawy tzw. "supermarketu” i dalsze blokowanie rozwoju tego terenu będącego własnością Spółki "Maja”. Pojawiły się z wielu różnych stron, inspirowane przez Warszawę, żądania eksterytorialności w Oświęcimiu. Stawiała je Gazeta Wyborcza, Tygodnik Powszechny, ks. Józef Musiał sj i redaktor Karty Zbigniew Gluza, któremu w kwietniu 2001 r. tak odpisałem: "Szanowny Panie Redaktorze, rozumiem, dlaczego Zagłoba Karolusowi ofiarował Inflanty, ale dlaczego i komu ofiarować chce Pan część Oświęcimia? Czy nie lepiej dla polskiej sprawy byłoby, gdyby Pan doprowadził do umiędzynarodowienia jakiegoś terenu byłego łagru sowieckiego, czy innego miejsca mordów? Znając tą tematykę lepiej niż historię terenów byłego KL Auschwitz-Birkenau, Pana KARTA wydała przecież przewodnik encyklopedyczny ŁAGRY, nie będzie więc żadnych trudności z wyborem terenu. Ja jedynie mógłbym nieśmiało zaproponować, by to był teren gdzie zamordowano m.in. skutecznego obrońcę wielu tysięcy węgierskich Żydów - Szweda Raula Wallenberga i ostatniego dowódcę Armii Krajowej gen. Leopolda Okulickiego. A że to jest akurat moskiewska Łubianka, więc tym większe będzie wyrażane uznanie Panu ze strony różnych kół międzynarodowych, a najbardziej docenią to polscy patrioci, miłośnicy rzetelnej historii.
By jednak Panu przybliżyć fragment historii Oświęcimia, znaczenie liter KL, by nie pisał Pan, że: 'Birkenau (obóz Auschwitz II) są nazwami własnymi hitlerowskich obozów zagłady', by uznał Pan, że nazwy własne hitlerowskich obozów zagłady zaczynały się od liter KL....., przesyłam w załączniku swoich słów parę na ten temat. W załączniku, dlatego, że jest to list otwarty, jaki do wielu przesłałem, a będący odpowiedzią na tą samą wypowiedź Agnieszki Sabor w 'Tygodniku Powszechnym'.
Z poważaniem Andrzej Szydlik.”
Spotkania początkowo paru a następnie kilku i kilkunastu osób oraz wyrażana na nich wspólnota poglądów i wyrażane zagrożenie dla Oświęcimia doprowadziły do powstania oświęcimskiej filii Stowarzyszenia Przedsiębiorców Małopolski (SPM) z siedzibą w Andrychowie. Oświęcimska filia SPM stała się wyrazem szukania pomocy przed zawłaszczaniem Oświęcimia, przed jego degradacją a jej spotkania i omawiane na nich problemy były pozbawione jakichkolwiek cech autocenzury. Oceniając działanie ówczesnych władz miasta i państwa, szukaliśmy sposobów na zahamowanie postępującego niedorozwoju miasta. Zdawaliśmy sobie sprawę zarówno z braku środków jak i partii, która chciałaby zauważyć a nast. zwalczać to postępujące zagrożenie bytu miasta. Wiosną 2002 r., wykorzystując osobiste znajomości i kontakty rozpoczęliśmy działania celem poszerzenia naszej grupy szukając sympatyków i ewentualnych członków naszej filii SPM. Najskuteczniejszym w tym zakresie był Janusz Marszałek. W sierpniu 2002 r. nadal byliśmy na etapie omawiania sytuacji w Oświęcimiu, ale także formułowaliśmy różne warianty postępowania wobec październikowych wyborów do władz samorządowych i zarazem pierwszych wyborów prezydenta miasta Oświęcimia. W tym przedwyborczym okresie w zdecydowany sposób zarysowała się ze strony postkomuny oraz władz i międzynarodowych kół tendencja zmierzająca do ograniczenia a następnie likwidacji Fundacji Wiosek Dziecięcych "Maja”, której prezesował Janusz Marszałek. Odnosiliśmy wrażenie narzucania nam mieszkańcom Oświęcimia przekonania, że w takim miejscu nieogarniętych nieszczęść narodu żydowskiego nie prawa istnieć oaza szczęśliwych dzieci, nawet jeśli ma ona jako patrona Janusza Korczaka. Tym argumentem, jakim było zagrożenie istnienia Wioski Dziecięcej w Rajsku skłoniliśmy (Mirosław Śmielak i Andrzej Szydlik) Janusza Marszałka do kandydowania na stanowisko prezydenta Oświęcimia.
Kilka dni przed terminem zamknięcia list kandydatów utworzyliśmy Komitet Wyborczy Wyborców Oświęcimskiego Forum Gospodarczego. W skrócie nazywaliśmy się OFG. Pełnomocnikiem wyborczym tegoż Komitetu ustanowiono Andrzeja Szydlika a finansowym Mirosława Śmielaka. W skład Komitetu weszli także Janusz Marszałek, Marek Kołodziej, Jarosław Papla i Józef Rochowiak. W rekordowym czasie 24 godzin zebrano również 26 podpisów, przy wymaganym minimum 20., popierających utworzenie Komitetu. Dnia 6 września 2000 r. w Krajowym Biurze Wyborczym Delegatura w Krakowie dokonałem jego rejestracji. Uzyskaliśmy więc prawo zgłaszania kandydatów na radnych do Rady Miasta i Gminy Oświęcim oraz oczywiście prawo zgłoszenia kandydata na prezydenta Oświęcimia, jakim został Janusz Marszałek.
Rozpoczęło się doprecyzowywanie programu, który w zasadzie mieliśmy już omówiony w czasie naszych wielu poprzednich spotkań. Bardzo duży udział w zakresie prowadzenia kampanii wyborczej jak i formułowania programu mieli dwaj pracownicy naukowi z UJ specjalizujący się w marketingu politycznym. Ja ze swej strony zadbałem o to, by w programie dla Oświęcimia jako programu Oświęcimskiego Forum Gospodarczego (OFG) oraz kandydata na prezydenta miasta, Janusza Marszałka znalazły się takie sprawy jak:
- Stworzenie dogodnych warunków dla nowych inwestycji, ze szczególnym uwzględnieniem ruchu turystycznego i pątniczego tj. powstanie bazy noclegowej, firm usługowych, by powstał przemysł turystyczny.
- Przeprofilowania tworzonej Wyższej Szkoły Humanistycznej na filię Uniwersytetu Jagiellońskiego, jako Wyższej Szkoły Turystyki, Hotelarstwa i Gastronomii.
- Stworzenie w Oświęcimiu Centrum Prezentacji Kultury Światowej, dla dobra społeczeństwa jako przeciwwagi jednostronności kultury martyrologii, powodującej degradację miasta. Zaczątkiem tych działań, o znaczeniu dla światowej kultury są m. in. osiągnięcia Henryka Lehnerta i Amatorskiego Klubu Filmowego "Chemik”, coroczne o międzynarodowym znaczeniu "Tygodnie Kultury Beskidzkiej”, czy działalność Miejskiej Biblioteki Publicznej oraz Państwowej Szkoły Muzycznej.
- Powołanie kolegium redakcyjnego, złożonego z mieszkańców niezaangażowanych we władzach miasta, by społeczeństwu przekazać kształtowanie treści Głosu Ziemi Oświęcimskiej i umożliwić wypowiadanie swoich opinii.
- Stworzenie funkcji Rzecznika Praw Mieszkańców, który byłby odpowiedzialny za przyjmowanie opinii mieszkańców i prawne doradztwo w sprawach dotyczących relacji między władzami Oświęcimia a jego mieszkańcami.
Problemy te jak wyżej w dużej mierze znalazły swój wyraz w listach, jakie kandydat na prezydenta kierował w ramach kampanii do wszystkich mieszkańców Oświęcimia. W liście z dnia 21 września 2002 r. m. in. napisał: „. . .Postanowiłem kandydować w wyborach na prezydenta Oświęcimia. Podjąłem tę decyzję ponieważ dosyć mam bezsilnego patrzenia na to, jak moje rodzinne miasto marnuje kolejne szanse na rozwój.. . . Żaden problem nie jest dla mnie zbyt błahy, jeżeli dotyczy Oświęcimian. . . . Będę zawsze gotów do wysłuchania Waszych opinii.. . .” W liście z dnia 23 października 2002 r. również m. in. napisał: ". . . Prezydent jest po to, aby słuchać mieszkańców, a nie tylko za nich decydować. . . . Będę dążył do stworzenia w Oświęcimiu bazy noclegowo-usługowej dla turystów. Jeżeli każdy zwiedzający wyda tu choćby 50 złotych, to miasto zarobi rocznie około 15 milionów. Dla porównania, tegoroczny budżet Oświęcimia to 70 milionów. Ponadto ta inwestycja również da pracę wielu osobom. . . . Ja proponuję tylko to, co na 100 procent da się wykonać. . . .”
Omawialiśmy także sprawę funkcjonowania Zarządu Budynków Mieszkalnych (ZBM), który moim zdaniem w poza prawny sposób zarządzał naszą własnością, czego dowodem były skuteczne interwencje Prokuratury Rejonowej.
Sprawy programowe omawiane w wąskich kręgach członków i sympatyków OFG oraz prezentowane na spotkaniach z wyborcami nie przysłoniły spraw związanych z formułowaniem list kandydatów na radnych miejskich. Zatwierdziliśmy 24 kandydatów na 21 radnych do Rady Miasta Oświęcim we wszystkich 4. okręgach wyborczych. Równocześnie we wszystkich 23 obwodach głosowania byli nasi sympatycy jako członkowie komisji i mężowie zaufania. Mieliśmy również naszego zaufanego w Miejskiej Komisji Wyborczej.
Przed nami było prawie dwa i pół miesiąca codziennej prawie całodobowej pracy. Pracy odpowiedzialnej o nielimitowanym czasie, pracy w pełnym rozumieniu społecznej. Ja osobiście odpowiadałem za stronę formalną działań naszego Komitetu. Pełniłem także codzienne dyżury w jego siedzibie na ul. Leszczyńskiej, gdzie wraz z Januszem Marszałkiem przebywaliśmy często prawie do północy, omawiając w wolnych chwilach zarówno sprawy programowe, jak i strategię działań. Równocześnie brałem udział w spotkaniach z wyborcami. Parokrotnie jeździłem w wyborczych sprawach do Krakowa i do Cieszyna, gdzie z drukarni odbierałem materiały informacyjne naszego Komitetu. Sporządzałem także fotograficzną dokumentację dla informacji o naszych kandydatach, jak i dokumentację fotograficzną rozlepianych plakatów naszego i innych komitetów. W swojej części miasta (Osiedle Chemików) rozlepiałem plakaty naszego Komitetu przedpołudniem i również w nocy, tak by idący rano do pracy widzieli, że Komitet Wyborczy Wyborców OFG chociaż nie ma zaplecza i środków jakimi dysponują partie, to jednak potrafi i może przekazywać swoje informacje.
Do wyborów na prezydenta zgłoszonych zostało 12. Kandydatów, a na 21 miejsc w Radzie zostało zgłoszonych 326 kandydatów przez 13 komitetów wyborczych. Komitet Wyborczy Wyborców OFG tworzył listę nr 9, na której m. in. ja kandydowałem w Okręgu 3 na miejscu 5. W wyniku wyborów w dniu 27.10.2002 r. do Rady Miasta nie wszedł nikt z OFG, natomiast do drugiej tury wyborów prezydenckich zakwalifikowali się Janusz Marszałek z Komitetu Wyborczego Wyborców OFG i Andrzej Telka z Koalicyjnego Komitetu Wyborczego SLD - UP.
W nieco żartobliwej formie owe przedwyborcze zmagania przedstawiłem w artykule "Krajobraz, bitwa i potyczki” w "Nowym Forum Gospodarczym", z którego to artykułu pewne fragmenty przytaczam poniżej: ". . . W ferworze bitewnym, na trzy dni przed pierwszą turą głosowań, nałożono nawet areszt domowy na poloneza, zakładając mu blokadę, ku zdziwieniu innych pojazdów równie źle, albo nawet i bardziej źle zaparkowanych, niż ów aresztant. Cóż wiele rzeczy można robić przez sympatię dla jeszcze nam miłościwie panującego, by wskazać niewłaściwość rozlepianych plakatów. . . . Apogeum tej jednostronnie negatywnej a zarazem pełnej fałszu kampanii, miało miejsce w Sądzie Okręgowym w Krakowie tuż przed II turą wyborczą na prezydenta miasta. Otóż pełnomocnik Wąskoustego zażądał sądowego w trybie wyborczym zakazu rozpowszechniania nieprawdziwych informacji dotyczących ich kandydata. Sąd postępowanie umorzył, gdyż wnioskodawcy sami wycofali swój wniosek z uwagi na nie ukazanie się 8 listopada żadnych negatywnych informacji o ich kandydacie. Równocześnie pozwany oświadczył, iż nie zamierzał i nie prowadził kampanii negatywnej wobec swoich kontrkandydatów.
Wieść gminna o tej sprawie określiła ten fakt jak w porzekadle: 'Na złodzieju czapka gore', choć trudno powiedzieć, czy nie przeważała ocena, że w tej sprawie 'spotkał się złodziej z idiotą'. Rzeczywiście bowiem trzeba bardzo się obawiać ujawnienia faktów w ostatnim dniu przed ciszą wyborczą, a równocześnie być idiotą, żeby rzekomy ich zamiar podawać do sądu . . .
W Radzie Miasta z pomocą ordynacji zorganizowana partia wygrała.
W gabinecie prezydenckim dzięki bardziej demokratycznej większościowej ordynacji wygrało społeczeństwo. . . „
Do Rady Miasta KWW OFG nie zdołał wprowadzić żadnego ze swoich kandydatów, natomiast w II turze wyborów prezydenckich zdecydowaną przewagę uzyskał Janusz Marszałek (60,08 %), kandydat tegoż Komitetu przy słabej frekwencji (39,6 %). Należy dodać, iż jego kontrkandydat, w ostatniej chwili przed ciszą wyborczą dostał niekonwencjonalne wsparcie rządowe w postaci spotkania wyborczego z członkiem rządu (Krzysztofem Janikiem, szefem MSWiA) udzielającym mu poparcia. KWW OFG, jako Komitet niepowiązany z żadną partią polityczną, prezentujący interesy miasta, był słusznie przez społeczeństwo odbierany jako prawicowy zespół osób zmierzających do zmiany w sprawowaniu władzy m. in. poprzez zmianę układu politycznego. Nasi sympatycy i kandydaci na radnych zdawali sobie sprawę, że te wybory nie były jeszcze ich wyborami, że niemożliwe jest w czasie dwóch miesięcy, jako nowa grupa, zyskać potrzebne do wybrania zaufanie społeczeństwa. Odmiennie było z Januszem Marszałkiem, który jako prezes Fundacji Wiosek Dziecięcych "MAJA” i przez swoje utarczki z Dyrekcją Muzeum, czy władzą lokalną a również i centralną w Warszawie był już określony jako przeciwnik istniejącego układu, co zresztą wówczas było prawdą. Zdawaliśmy sobie więc sprawę, iż nie teraz a za cztery lata, po okrzepnięciu jako grupa i przy współpracy z „naszym prezydentem” będziemy mieli większe doświadczenie i więcej szans by już jako radni by wspomagać „naszego prezydenta” w jego działaniach na Radzie Miasta. Teraz bowiem prawa strona Rady była nieliczną i jak się okazało nie mogła skutecznie przeciwdziałać destrukcyjnej polityce lewej strony Rady.
Już na pierwszym po wyborach spotkaniu naszego byłego już Komitetu, Janusz Marszałek poinformował nas o zamiarze powołania szerokiej, bo aż 50. osobowej Rady Prezydenckiej, w skład której, poza nami, wchodziliby nasi dotychczasowi przeciwnicy. Podał również kilka nazwisk. Ostro przeciwstawiłem się temu pomysłowi. Tak mówiło mi moje dotychczasowe, ponad półwiekowe z czerwonymi kontakty i posiadana wiedza historyczna. Oni uznają wyłącznie argumenty siły i siłę fałszu a demokracja w ich wykonaniu to tylko nazwa przykrywająca totalitaryzm. Odmówiłem również wejścia w skład tego zespołu, bowiem zostałoby zniszczone nasze wspólne dotychczas wypracowane wzajemne zaufanie. Ja osobiście bałbym się cokolwiek przy takim gremium mówić, by moje argumenty, po ich socjalistycznej obróbce, nie zostały wykorzystane przeciwko nam. Tak mówiło mi moje doświadczenie od 1944 r., jak i historia oraz fakty przeze mnie wyżej opisane. Argumentem koronnym i pomocnym w zajęciu takiego stanowiska było stwierdzenie Jana Pawła Wielkiego, iż „podmiotem jest człowiek.” A więc, wbrew temu, co głosili i głoszą bolszewicy różnych nacji i pokrewni im socjaliści, nie partia, nie urząd, nie jakakolwiek władza jest podmiotem. Podmiotem jest człowiek. Nie mogłem więc wyrazić swojej aprobaty na to by próbowali kierować mną postkomuniści, ludzie, ukształtowani przez tych, dla których człowiek jest tylko przedmiotem.
Kontynuowaliśmy spotkania naszej grupy byłego KWW OFG jako Stowarzyszenia Przedsiębiorców Małopolski Oddział w Oświęcimiu. Jako Oddział SPM chcieliśmy doprowadzić do realizacji historycznego sympozjum, którego celem byłoby dowartościowanie mieszkańców Oświęcimia poprzez przywrócenie pamięci o wydarzeniach w okresie 1914 – 1947, które to wydarzenia ważyły a nawet decydowały o rzeczywistej historii Oświęcimia i okolic a również miały często decydujący wpływ na historię Polski i Świata. Oczywiście ja jako inspirator tego zamierzenia świadomy byłem, iż jest to działanie skierowane przeciwko dotychczasowym peerelowskim przekazom historycznym. Uważałem jednak, że właśnie teraz należy realizować ten zamiar, do którego realizacji nie dopuściły postkomunistyczne władze miasta w roku 1994. Mieliśmy przecież "swojego prezydenta”, o którym byliśmy przekonani, że myśli po polsku. Niestety mimo zmiany formuły, na życzenie Wydziału Promocji UM, i rozłożenie tego historycznego spotkania na dwa terminy oraz przystosowanie go do odbioru przez młodzież szkolną, i opracowania preliminarza budżetowego, nie doszło do jego realizacji. Zapewne przeszkodą takich historycznych działań był brak woli prezydenta, który być może nie chciał widzieć w Oświęcimiu młodzieży z polskiego gimnazjum z czeskiego Cieszyna. Zapewne realizację tego zamierzenia pozostawił swoim urzędnikom, będącym pod wpływami byłej postkomunistycznej władzy i jej przekazowi historycznemu, co jak się okazało było zgodne z nowym jego kanonem polityki jako prezydenta. Daremnie wyjaśniałem, że ci ludzie rozumieją tylko język siły, a każda próba ugody, czy wyraz innej formy współpracy, zostanie przyjęty jako wyraz słabości i tak się też stało.
Początkowo spotkania
nasze były z udziałem prezydenta Janusza Marszałka.
Stopniowo jego udział
stawał się coraz rzadszy, aż w końcu tj. w drugiej połowie 2003 r. nie mogliśmy
doprosić się o jego w nich udział. W czerwcu 2003 r. w Starostwie
zarejestrowaliśmy jednak naszą grupę jako Oświęcimskie Forum Gospodarcze,
uznając, iż naszym logo pozostaje symbol naszego byłego KWW OFG (Ryc. 9).
Zostały dokonane wybory Zarządu OFG i Rady Programowej, do której ja wszedłem,
uważając, iż wiek mi to nakazuje a sprawowaniem zarządu i realizacją jego zadań
winni zająć się młodsi członkowie, którym na ich życzenie zawsze będę mógł
służyć radą. Właściwie to było nasze ostatnie spotkanie z większą ilością
członków. Na pierwsze nasze spotkania przychodziło około 30. członków i
sympatyków, a na te ostatnie w III kw. 2003 r., gdy nie mogliśmy doprosić się o
przybycie prezydenta, przybywało już tylko 2 –3 osoby. Było to wynikiem
swoistej polityki prezydenta, który być może poczuł się prezydentem wszystkich
mieszkańców i by to zademonstrować odwrócił się od spraw OFG i rozpoczął
"zagłaskiwanie” postkomuny. Niestety nie chciał przyjąć do wiadomości, że
jego łaskawość zostanie przyjęta jako słabość i tak się też stało. Postkomuna,
po wyborczym szoku, odżyła. OFG rozpłynęło się.
Na początku lipca 2003 r. prezydent zaproponował mi udział w Radzie Nadzorczej Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w Oświęcimiu. Była to już Rada okrojona i nie miała 5. członków a tylko 3., a ich wynagrodzenie wynosiło już tylko parę setek a nie tysięcy. Byłem człowiekiem techniki a nie prawa finansowo-administracyjnego a poza tym miałem już 72 lata, dlatego też nie chciałem przyjąć tej z prezydenckiego nadania wątpliwej synekury. Zostałem jednak przekonany by zostać członkiem. Następnie po dłuższej namowie zgodziłem się na objęcie funkcji przewodniczącego Rady, być może, dlatego iż sądziłem, że prezydent nie tylko chciał wiedzieć, co się tam dzieje, ale przez moją osobę jako przewodniczącego mieć większy na nią wpływ. Niestety moje w tej sprawie przypuszczenia były pozbawione sensu, bowiem na pierwszej naradzie, której celem było ukonstytuowanie się Rady, przedstawiciel prezydenta, realizując jego wolę, wskazał, iż przewodniczącym winien zostać kto inny a nie ja. Ponieważ oświęcimska komuna zastawiała bez skutku na mnie różne pułapki, więc i tym razem potrafiłem się znaleźć i przyjąłem to ze spokojem. Oczywiście zwróciłem się do Janusza Marszałka o wyjaśnienie tej sprawy, sądząc w swojej naiwności, że było to może samowolne działanie przedstawiciela prezydenta. Trudno mi było mniemać, iż osoba, dla której i, w imieniu której działałem, mogła być aż tak fałszywą, że w mojej sprawie, nie powiadamiając mnie, zmieniła swoją suwerenną decyzję. Tytułem wyjaśnienia przekazał mi, że o zmianę mnie na innego członka prosił go Zbigniew Kloss, z którym widać omawiał te sprawy. Czyżby więc miałaby to być ich wspólna zagrywka celem ośmieszenia mnie, gdybym zaczął protestować. Trzeba wiedzieć, iż Zbigniew Kloss i Włodzimierz Paluch dbali o to by wszystkie inicjatywy prezydenta i prawej strony Rady Miasta były torpedowane przez lewą stronę, nawet wbrew interesom miasta. Nie musiałem więc długo czekać by utwierdzić się w przekonaniu, że polityka "zagłaskiwania” postkomuny przyniesie odwrotne od zamierzonych rezultaty. Przebieg kolejnych Rad Miasta były tego dowodem. A ja przestałem wierzyć Marszałkowi, w jego szczerość, prawicowość i dobre chęci.
Była jeszcze zadawniona sprawa Henryka Lehnerta. Zadawniona, dlatego że jeszcze przed wyborami w 2002 r. SPM rozpoczął starania o przyznanie państwowego odznaczenia temu wybitnemu twórcy kultury. Postaci jakkolwiek znanej w Oświęcimiu to bardziej w widomy sposób doceniony za granicą Polski. Jeśli komuś Oświęcim kojarzy się nie tylko z byłym niemieckim obozem zagłady to jest to za sprawą Henryka Lehnerta, filmowca-amatora. Starania SPM o odznaczenie dla Henryka Lehnerta utknęły w Urzędzie Wojewódzkim i MSW. Nie cieszył się on bowiem uznaniem ze strony komuny choćby dlatego, że swoją działalnością zaprzeczał, iż Oświęcim (Auschwitz) to wyłącznie miejsce Holocaustu, a być może również i dlatego, że kiedyś zbyt głośno wypowiedział się o fakcie zbyt częstego wchodzenia mu przed kamerę prezydenckiej władzy. Sądziłem, iż po zmianie politycznego układu w Warszawie, Krakowie i Oświęcimiu, prezydent tego ostatniego miasta na wniosek SPM, którego był członkiem, skutecznie podziała w tej sprawie. Niestety mimo moich interwencji nie doszło do tego. Ostatecznie jedynie na wniosek Federacji Twórców Filmów Nieprofesjonalnych w Warszawie przyznano Krzyż Zasługi Henrykowi Lehnertowi. A władze miasta Oświęcim ocknęły się i uczyniły go honorowym obywatelem. Wg mnie zaszczytu tego Henryk Lehnert winien dostąpić kilkanaście lat wcześniej, a później winien mu być przyznany Krzyż Kawalerski na wniosek władz miasta, jako podkreślenie jego nieustającego działania dla dobra miasta w zakresie kultury światowej. Postkomuna była widać innego zdania, zapewne uważała, że Oświęcim winien pozostać wyłącznie miejscem byłego Holocaustu, ku czemu także jak widać, w ramach jej "zagłaskiwania", skłaniał się również Marszałek.
Zarząd Budynków Mieszkalnych (ZBM) zarządzał lokalami będącymi zarówno własnością miasta, jak i jego mieszkańców. Zarządzał tak by uzyskiwać jak największe zyski, często w sposób poza prawny nap. myląc się na swoją korzyść. Przyłapałem go na tym w 1999 r. i dopiero na skutek interwencji w prokuraturze i przeprowadzonego śledztwa policyjnego, ja dostałem zwrot nadpłaconych pieniędzy a księgowa podobno utraciła premię. Podobna sytuacja, na skutek mataczenia powstała w 2003 r. Domyślałem się jej dużo wcześniej i omawiałem tą sprawę z Januszem Marszałkiem, wówczas jeszcze kandydatem na prezydenta. Mówiłem wtedy, że ja nie jestem jedynym źle oceniającym działania ZBM, że społeczeństwo oczekuje rozwiązania tego problemu. Dopiero jednak w 2003 r. uzyskałem prawne argumenty. Dotyczyły one faktu, iż od 2000 r. prawo zakazywało osobom prawnym zarządzania wspólnotami mieszkaniowymi, by przez rozrost administracji nie obciążać wspólnot tymi dodatkowymi kosztami. W ZBM kosztami administracji obciążano wspólnoty. Kolejnym poza prawnym działaniem ZBM był fakt obciążania właścicieli mieszkań opłatami, jakie winien ponosić UM, będący właścicielem części wspólnot. Co prawda UM zrezygnował z prawa własności strychów na rzecz właścicieli, ale nie przeprowadził tej sprawy przez notariusza i Księgi Wieczyste. Stan taki trwa do dzisiaj, już trzy lata i nadal UM i zarządca wbrew prawu wymaga od części właścicieli by ponosili koszty utrzymania budynków za UM. Te właśnie sprawy wymagały sprawy szybkiego i zgodnego z prawem uregulowania, o czym parokrotnie nadmieniałem w rozmowach z prezydentem. Do czasu wyborów parlamentarnych na jesieni 2005 r. ta sprawa nie została rozwiązana, być może, dlatego iż ZBM do tego czasu komuś do czegoś było potrzebne. W "Aktualnościach” kwartalnika Stowarzyszenia Właścicieli Lokali Mieszkalnych i Użytkowych w Oświęcimiu "Nasza Wspólnota” z dnia 15.02.2003 r. m. in. napisano: "Stowarzyszenie nadal uważa, że Zarząd Budynków Mieszkalnych w Oświęcimiu nie może być przechowalnią i inkubatorem byłych prominentów obciążających wysokimi płacami budżety naszych rodzin.”
Jesienią 2003 r. prezydent zwrócił się do mnie bym pomógł zredagować i skorygował ewentualne błędy w powstającym właśnie "Przewodniku turystycznym – Oświęcim i okolice”. Zabrałem się do tego z zapałem. Parokrotnie ze swoimi uwagami odnosiłem się do tekstu. Kilkakrotnie uczestniczyłem w spotkaniach współautorów, jakie z inspiracji Wydziału Rozwoju miały miejsce w UM. Niestety niemożność przekonania współautorów do historii Oświęcimia przedstawianej przez luminarzy nauk historycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i Katolickiego Uniwersytetu w Lublinie uniemożliwiła mi zarówno dalszą współpracę, jak i współautorstwo tego „Przewodnika turystycznego”. Prezydent moją rezygnację określił jako odmowę współpracy, podczas gdy ja nie chciałem firmować faktów niezgodnych z nauką historii XX i XXI w. Czytelnik znajdzie więcej merytorycznych wiadomości wraz z bibliografią na ten temat w moich opracowaniach „Na zachodnim prawie” i "Dominikanie w Oświęcimiu”.
W sierpniu 2004 r. TVP eksponowało 60. rocznicę Powstania Warszawskiego, największej partyzanckiej bitwy II wojny światowej. W Warszawie odbywało się wiele uroczystości celem przypomnienia tych wielkich dni walki z najeźdźcą. Wydział Promocji UM w lokalnej telewizji zaprezentował o tych wydarzeniach wspomnienia mieszkańca okolic Oświęcimia. Mówił on o dymach za dnia i łunie nocą. Mówił prawdę, gdyż nie był nawet świadkiem Powstania, był pod Warszawą i nie mógł widzieć więcej. Takie działanie UM było wyrazem lekceważenia tego wielkiego wydarzenia historycznego, wyrazem lekceważenia mieszkańców Oświęcimia, a w szczególności, będących świadkami i kombatantami tych walk. W Oświęcimiu żyją świadkowie i kombatanci Powstania Warszawskiego. Wystarczyło w Biurze Ewidencji Ludności poszukać tych urodzonych w Warszawie. Wypowiadali się oni na ten temat w lokalnej prasie. Ja rozmawiałem o tych sprawach z wieloma osobami m. in. z Januszem Marszałkiem i dlatego uważam, że w UM zabrakło woli politycznej by poważnie potraktować rocznicę Powstania Warszawskiego. Ten jawnie lekceważący stosunek do tego historycznego wydarzenia sprowokował mnie do napisania swoich wspomnień. Zawarłem je w „Dni wolności na Hożej” i opublikowałem w czasopiśmie "MARS” nr 16/2004, wydawanym, co pół roku przez Komisję Historyczną b. Sztabu Głównego Warszawa-Londyn. Przekazałem je także do Muzeum Powstania Warszawskiego. Ten lekceważący stosunek urzędników UM w Oświęcimiu do wydarzeń tych 63. dni w 1944 r. w Warszawie jest faktem. Zapewne ucieszył on, postkomunę, która równie jak jej duchowy protoplasta, największy zbrodniarz wszech czasów Józef Stalin ma wrogi stosunek do wydarzeń Powstania Warszawskiego.
Będąc radnym Oświęcimia w 1994 r. przedstawiałem sprawę niewłaściwego używania terminu Auschwitz w odniesieniu do obozu zagłady o nazwie własnej KL Auschwitz, gdyż Auschwitz jest niemieckojęzyczną nazwą miasta Oświęcim. W tej sprawie zredagowałem stosowne pismo do ówczesnego ministra kultury, które mimo zapewnień, być może nie zostało wysłane. Bowiem brak było odpowiedzi. W lutym 2002 r. w oparciu o Konstytucję i Ustawę o Języku Polskim powróciłem do tej sprawy w artykule „Oświęcim, czy Auschwitz, czy KL Auschwitz”. Artykuł ten następnie umieściłem na swojej stronie internetowej <http://anszyd.webpark.pl>. Obecnie w wyniku działań Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego ma być zmieniona nazwa Muzeum Auschwitz-Birkenau tak, że nie będzie skojarzeń z miastem ale wyłącznie z niemieckim obozem. Jest to dla mnie bardzo satysfakcjonujące, bowiem widać moje rozumienie nazw historycznych było poprawne.
Oświęcim w maju 2006 roku Andrzej Szydlik.