Podobno masy nie mają pamięci. Więc:
- Przypomnijmy sobie ten czas sprzed przeszło pół wieku.
- Przypomnijmy sobie postać naszego oświęcimskiego rodaka.
- Przypomnijmy sobie to za sprawą ostatniego adiutanta gen.Zygmunta „Waltera”-Janke (Zygmunt „Walter”-Janke),
a był nim oświęcimianin mjr Tadeusz Bielewicz, przeto oddaję mu głos:
NASZ OŚWIĘCIMSKI RODAK
ZBIGNIEW PAJĄK-PARWICZ
Zbigniew Pająk-Parwicz, oficer WP-ZWZ-AK-WiN
Podziemie niepodległościowe i koniec wojny
Prawda o Powstaniu Warszawskim jest prawdą złożoną i bolesną. Powstanie było jednak nie do uniknięcia. Ponadto, w ówczesnej sytuacji Kraju potrzebny był czyn, który by wstrząsnął sumieniem świata. Tuż przed samym Powstaniem, wyłoniła się konieczność przygotowania drugiego rzutu Komendy Głównej AK, na wypadek niepowodzenia i dalszej konspiracji. Gen. bryg. Leopold Okulicki ps.
"Kobra", "Kula", "Mrówka", zgłosił gotowość przyjęcia trudnej funkcji nowego dowódcy. Powstanie dogorywało i przyszła kapitulacja. W czasie ostatniej rozmowy, gen. Tadeusz "Bór"-Komorowski wręczył Okulickiemu karteczkę, na której własną ręką skreślił decyzję, że mianuje go swym zastępcą. W dniu 3 października, wydając swój ostatni rozkaz do komendantów Okręgów, gen. "Bór" potwierdził w nim powyższą nominację. W tym samym dniu, pod nowym pseudonimem "Niedźwiadka", Okulicki wyszedł wczesnym rankiem z Warszawy i wmieszał się w tłum uchodźców.
Upadek Warszawy mocno zaciążył na sytuacji w Kraju. Klęska powstania wywołała powszechną atmosferę przygnębienia. Fatalny dla Polaków przebieg działań zbrojnych, przekreślił ostatnie rachuby na zwycięskie zakończenie wojny i stał się dla wielu oficerów oraz zbrojnego podziemia bodźcem do głoszenia opinii, że jedynym wyjściem z trudnej sytuacji, będzie wybuch III. wojny. W miarę zajmowania coraz większych obszarów naszego Kraju
przez Armię Czerwoną, powiększało się grono zwolenników nowego konfliktu. Do grona polityków i wojskowych, prognozujących szybkie urzeczywistnienie tego scenariusza, należeli na Zachodzie przede
wszystkim gen. Władysław Anders i gen. Marian Kukiel. Uważali oni, że postępująca agresywność sowiecka, musi doprowadzić w końcu do nowej wojny. Prognozy te oraz ewentualność wybuchu kolejnego konfliktu, potwierdzała wzmożoną działalność wywiadu USA oraz gotowość operacyjną Aliantów.
Punktem wyjścia konspiracji antysowieckiej w Polsce, był rozkaz gen. Leopolda Okulickiego "Niedźwiadka" z 19 stycznia 1945 r., rozwiązujący Armię Krajową. Generał z największym trudem zdobył się na napisanie tego aktu, który w pełnym tekście brzmiał:
"Żołnierze Armii Krajowej!
Daję Wam ostatni rozkaz. Dalszą swą pracę i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości państwa polskiego i ochrony ludności polskiej przed zagładą. Starajcie się być przewodnikami narodu i realizatorami niepodległości państwa polskiego. W tym działaniu każdy z was musi być dla siebie dowódcą. W przekonaniu, że rozkaz ten spełnicie, że zostaniecie na zawsze wierni tylko Polsce oraz by wam ułatwić dalszą prace, z upoważnienia Pana Prezydenta R.P. zwalniam was z przysięgi i rozwiązuję szeregi Armii Krajowej. W imieniu służby dziękuję wam za dotychczasową ofiarną pracę. Wierzę głęboko, że zwycięży nasza święta sprawa, że spotkamy się w prawdziwie wolnej Polsce. Niech żyje wolna, niepodległa i szczęśliwa Polska!
Dowódca Sił Zbrojnych w Kraju, gen. ‘Niedźwiadek’"
Rozkaz ten, potwierdziło przemówienie radiowe Prezydenta R.P. w Londynie z dnia 8 lutego. Nie oznaczało to jednak łatwego i automatycznego zdemobilizowania wielu tysięcy podziemnych żołnierzy. Kraj był zupełnie zdezorientowany, ogarnięty chaosem, wstrząśnięty wojennymi wypadkami i nowym okupantem. Zmieniła cię także postawa niektórych ludzi. Część rozwiązanych oddziałów ujawniła się. Złożyła broń i z miejsca została uwięziona przez władze sowieckie. Obejmowała ona ok. 50 tysięcy żołnierzy. Wszystkich wywieziono w głąb ZSRR. W tej masie z Okręgu Śląskiego AK było ponad czterystu. Wróciło potem zaledwie kilkudziesięciu. Ponadto ze Śląska wywieziono w 1945 r. ok. 15 tysięcy górników do kopalń Donbasu. 9 tysięcy nigdy nie wróciło. Ludności mówiło się, że to kolaboranci, konfidenci i zdrajcy, współpracownicy gestapo. Znaczna część podziemnego wojaka w Kraju, pochowała lub zakopała broń i rozeszła się w ciszy do dawnych zajęć, nie ujawniając swej przynależności do Armii Krajowej. Tych tropiło NKWD oraz bezpieka. W tej sytuacji, dopiero z końcem września 1945 komendant Okręgu Śląskiego AK płk Zygmunt Walter-Janke, wydał rozkaz o ujawnieniu. Dodam, że w latach wojny, oświęcimski Obwód. AK wchodził w skład Okręgu Śląskiego. Byli i tacy, którzy nie złożyli broni, stworzyli nową organizację niepodległościową i rozpoczęli walkę z sowieckim okupantem. Między innymi, ostatni komendant Inspektoratu Rybnickiego AK por. Paweł Cierpioł ps. "Pleban", wbrew rozkazowi płk. "Waltera", łamiąc dyscyplinę, zabronił swoim żołnierzom wyjścia z podziemia. Do 1947 r. por. Cierpioł walczył z UB i Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Dał im się dobrze we znaki. Kiedy dalsza walka stawała się już bezsensowna, ujawnił się po amnestii w 1947 r. Amnestia nie powstrzymała komuny od zemsty. W jakiś czas potem, został podstępnie ujęty i zginął bez wieści. Ten sam los spotkał jego zastępcę ppor. Antoniego Staiera ps. "Feliks".
Aresztowano nawet brytyjską misję wojskową z płk. Hudsonem na czele, zrzuconą do Polski mostem powietrznym. 18 stycznia 1945 r. osadzono Anglików w więzieniu w Częstochowie. Zadaniem misji było rozeznanie sytuacji w Kraju oraz kontakt z gen. Okulickim. Aresztowanych zwolniono dopiero 12 lutego. Zachód w obliczu propagandy komunistycznej, przez dziesiątki lat dawał dowody wyjątkowego zaślepienia, łatwowierności i naiwności. Szczególne zaślepienie towarzyszyło Konferencji w Jałcie, kiedy to prezydent Roosevelt oddał Europę Wschodnią Stalinowi, za obietnicę zorganizowania tam wolnych wyborów.
Alianci zachodni zalegalizowali nową polską granicę wschodnią, co oznaczało, że ZSRR otrzymał praktycznie wszystko, co uzyskał w wyniku porozumień z III. Rzeszą w latach 1939-40. Pakt Ribbentrop-Mołotow, podpisany 23 sierpnia 1939 r. wraz z tajnym protokółem, przesądził o losie Państwa polskiego i kilku innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Wprawdzie należeliśmy do obozu zwycięzców, ale faktycznie w r. 1945 utraciliśmy niepodległość, do czego w znacznym stopniu przyczynili się również prosowieccy quislingowcy polscy komuniści i ich satelici. Przedwojenny minister spraw zagranicznych Józef Beck powiedział: "Niemcy nas tylko pobiją, ale Rosjanie zabiorą duszę..."
Obie okupacje były okrutne i krwawe. Likwidacja w pierwszej kolejności Polskiej inteligencji, była głównym celem obu agresorów. Jednak sowiecka "V kolumna" była nie tylko liczniejsza, ale i groźniejsza. Kolaboranci niemieccy, specjalizowali się głównie w działaniach dywersyjnych przeciw polskiemu wojsku, co miało miejsce na terenach zamieszkałych przez ludność pochodzenia niemieckiego. Natomiast kolaboranci sowieccy, wystąpili znacznie szerszym frontem. Nazwiskami kolaborantów sowieckich nazywano szkoły, ulice, place. Niektórzy z nich pełnili wysokie funkcje partyjne i państwowe. Dla sprawiedliwości należy powiedzieć, że byli i tacy, którzy walczyli o swoiście pojmowaną suwerenność, czyli częściowe uzależnienie się od Kremla, jak początkowo Gomułka. Ale byli i tacy, którzy dla prywaty oddaliby Polskę w nieograniczone władanie Moskwy, wraz z akceptacją 17 Republiki ZSRR.
Pierwszy obóz koncentracyjny powstał w ZSRR. Otwarty już został w lipcu 1918 r., zaledwie w osiem miesięcy po rewolucji. To Lenin wprowadził do słownictwa ludzkiego nowe pojęcie obozu koncentracyjnego, w związku z siłową likwidacją strajków i buntów chłopskich. Słowo to weszło do urzędowego języka rosyjskiego, a potem znacznie później, do niemieckiego. Matematyka zbrodni nie przestaje być matematyką, a ta jest nauką pozbawioną emocji. Do 1939 roku w III. Rzeszy były trzy obozy koncentracyjne, a w Związku Sowieckim było ich kilkanaście tysięcy. Reżimy komunistyczne winne są zagładzie ok. 100 milionów istot ludzkich. Hitlera można obciążyć 20-25 milionami zamordowanych. Cyfry te przemawiają. Zarówno niemieccy jak i komunistyczni faszyści, dokonali zbrodni bardzo wiele. Zbrodnie przeciwko ludzkości, stanowią jednak istotę, terroru. Oba reżimy mordowały swoich obywateli nie za to, co oni rzekomo zrobili, ale tylko wyłącznie za to, kim byli - Żydami, inteligentami albo kułakami.
W 1944 r. na ziemie polskie weszły cztery tajne dywizje NKWD. Miały jeden tylko cel: likwidację inteligencji i elementu patriotycznego. Komuniści w 1945 r. wyznaczyli sobie hierarchię zadań koniecznych do osiągnięcia w Polsce. W 1947 r. zdławiono opór antykomunistycznej partyzantki, jesienią 1947 r. dokonano pogromu Polskiego Stronnictwa Ludowego, a w 1948r zlikwidowano Polską Partię Socjalistyczną. Poczynając od tzw. nacjonalizacji przemysłu poprzez "bitwę o handel" i początek przymusowej kolektywizacji wsi, do 1948 r. uporano się z przejmowaniem kontroli nad gospodarką. Pozostawał wówczas jeszcze jeden naturalny przeciwnik systemu, z którym konfrontację odkładano do czasu wykonania trzech pierwszych zadań. Był nim Kościół katolicki. W tych dramatycznych czasach, kiedy szło o zachowanie bytu narodowego i własnej tożsamości, w obliczu wręcz biologicznych zagrożenia -katolicyzm nierozerwalnie zrastał się z polskością..
Komunizm ze szczególnym uwzględnieniem PPR i UB, programowo niszczył tradycję i ducha Narodu Polskiego. Fałszował Historię Polski i szkalował dobre imię Polskich Patriotów. Łamał prawa wolności. Prowadził do gospodarczego upadku Kraju. Stosował zbrodnie i terror, wymierzony w ludzi broniących interesów Polski. Zmuszał siłą do współpracy, niszczył całe rodziny prześladowaniem, deportacją, więzieniami, obozami, torturami i morderstwami. Wszedł w zmowę i współpracę z obcym, wrogim Polsce sowieckim mocarstwem i sprowadził miliony żołnierzy, dzięki którym system się utrzymał. Komunizm pozostawił miliony Polaków na nieludzkiej ziemi sowieckiej ich własnemu losowi, bez żadnej pomocy i opieki. Nagminnie stosował rabunek mienia prywatnego i państwowego wraz z naruszeniem praw własnościowych. Na koniec zmarnował miliardy dolarów, które będą spłacane przez nas i nasze wnuki. Za zbrodnie te i inne haniebne czyny są w pełni odpowiedzialni ludzie, którzy reżim komunistyczny tworzyli jako organizatorzy, funkcjonariusze polityczni i przywódcy ideologiczni. Spadkobiercy najeźdźców z 17 września 1939 r. poprzez fałszowanie historii Polski, wychowali w naszym społeczeństwie typ człowieka, nazwanego później "homo sovieticus". "Miał on swój rozum" i za każdym razem "wiedział, co ma zrobić".
Józef Światło, b. dyrektor X Departamentu MBP - bezpośrednio po ucieczce z kraju w 1953 r. - pisał: "...Cały skład personalny Ministerstwa Bezpieczeństwa, to przede wszystkim oficerowie sowieccy i agenci sowieckiego wywiadu, a potem szabrownicy, spekulanci, złoczyńcy, których przeszłość partyjna i polityczna, delikatnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia..." Takimi kadrami dysponowało Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. W początkowym okresie, wśród tej zbieraniny było nieco ponad 200 osób szkolonych w szkole NKWD w Kujbyszewie. W roku 1946 zmuszone było MBP wyrzucić z bezpieki kilkanaście tysięcy osób - za pijaństwo, kradzieże, rozboje i gwałty. Zresztą sam aparat demoralizował. Jeszcze w połowie lat pięćdziesiątych, połowa szefów powiatowych urzędów oraz ich zastępców, miała zaledwie podstawowe wykształcenie, a niektórzy byli wręcz analfabetami. Takie kadry nadawały się do realizacji zadań, jakie stawiały przed bezpieką władze. Normalnym językiem Radkiewicza, Bieruta, Kliszki, a nawet i Gomułki, były wówczas zwroty typu "skręcić kręgosłup", "złamać opozycję PSL" lub "uciąć łeb hydrze". Prości, prymitywni ubecy, brali sobie to do serca. Więc cóż robili? Po prostu bili, bo znali jedynie tylko taką metodę. W urzędach bezpieczeństwa znalazło się wiele typów kryminogennych, znęcających się nad aresztantami. W Katowicach prym wśród nich prym wiódł por. Małkowski - nazwisko oczywiście przybrane - który doczekał się tego, że został zastrzelony na ulicy. W latach 1944-55 wydano ponad dwa tysiące wyroków w procesach politycznych. To dane oficjalne. Nikt jednak nie doliczy się zakatowanych na śmierć, straconych niewinnie ofiar komunistycznego terroru.
Stalinizm nie skończył się w marcu 1953 roku wraz ze śmiercią Stalina. Bierut, jego pilny uczeń, który przerósł mistrza, ze zdwojoną gorliwością umacniał aparat represji. Paragraf dot. obalenia przemocą ustroju, obejmował nawet takie "przestępstwa", jak spotkania koleżeńskie i dyskusje, herbatki w liczniejszym gronie, wypowiadanie krytycznych uwag o sojuszu z ZSRR, opinie o Katyniu jako o zbrodni NKWD, słuchanie zachodnich radiostacji, uwagi, "że w ZSRR są kolejki i głód", opowiadanie anegdot i dowcipów oraz "oczernianie organów bezpieki". Stałą praktyką były rozprawy w więzieniu, w porach nocnych, bez udziału obrońców. Skazanego E. Jasińskiego rozstrzelano ciężko chorego, po torturowaniu, bezpośrednio na noszach.
Reżim był przestępczy, bezprawny i zasługujący na pełne potępienie, a opór przeciw niemu tył słuszny, sprawiedliwy i moralnie uzasadniony. Kto zrozumie atmosferę tych czasów, zrozumie także ludzi, którzy podjęli dalszą walkę. Koniakowski góral Krężelok, relacjonując oficerowi Komendy Okręgu AK drowi Niekraszowi działalność partyzantów w Beskidach Śląskich określił ją, "jako wojnę między wojskiem polskim, a wojskiem rządowym..." Wybraliśmy więc walkę ze złem w sensie dosłownym. Zło było proste do zdefiniowania, był nim system komunistyczny. To była walka o Wolną Polskę i ludzkie oblicze naszego Kraju.
Ostatniemu rozkazowi gen. "Niedźwiadka" o rozwiązaniu Armii Krajowej, towarzyszył drugi rozkaz, ściśle tajny, o przekształceniu struktur AK w kadrową i elitarną organizację konspiracyjną "Nie". Zadaniem tej nowej konspiracji, złożonej w zasadzie z oficerów AK, było kontynuowanie dalszej walki o niepodległość Polski. Na czele stanął gen. Leopold Okulicki. Organizacja ta przyjęła kryptonim "NIE", Jako skrót "Niepodległość". Jej sztab mieścił się początkowo w Częstochowie
Następnie organizacja "NIE" przekształciła się w Zrzeszenie "WOLNOŚĆ i NIEZAWISŁOŚĆ". WIN był ruchem niepodległościowym o charakterze polityczno-społeczno-wychowawczym, kierowanym przez zawodowych wojskowych. Ideowym przedłużeniem OBOZU POLSKI WALCZĄCEJ z okresu okupacji niemieckiej AK, łącznie z oddziałami scalonymi. Prowadzona uprzednio walka o charakterze dywersyjno-wcjskowym została zaniechana, ze względu na sytuację międzynarodową i wewnętrzną. WIN skoncentrował się przede wszystkim na pogłębianiu działalności nolityczno-społecznej oraz ideologiczno-wychowawczej. Założenia ideowe WIN przewidywały m.in. ściślejsze związki Polski z mocarstwami zachodnimi. Wraz z przestawieniem pracy na nowe tory, pozostawiono na boku wszystkich skompromitowanych, karierowiczów, oportunistów oraz ludzi o małych wartościach moralnych. Po prostu zrezygnowano z ludzi, nieprzydatnych do nowej formy działania.
Celem pracy była walka o niepodległość, utrwalenie granic zachodnich oraz odzyskanie ziem wschodnich w granicach z 1939 r., a także na południu powrotu Zaolzia do Polski (Zaolzie u progu
niepodległości/24 lutego 1946 r.). Ponadto sprawiedliwe reformy społeczno-gospodarcze, oparte na zasadach chrześcijańskich, z pełnym uwzględnieniem interesów pracujących, a przede wszystkim zaprowadzenie praworządnego ustroju oraz zasad demokracji, w zachodnioeuropejskim znaczeniu tego słowa. W programie zwrócono także uwagę na wychowanie nowego człowieka.
Sowieckie NKWD oraz rodzima bezpieka nie próżnowały. Gen. bryg. Leopold Okulicki, komendant poakowskiej Organizacji "NIE", aresztowany został podstępnie 27.III.1945 r. Na "procesie 16-tu" w Moskwie, skazany został na 10 lat więzienia. Zmarł w szpitalu więziennym w Butyrkach 24.XII.1946 r. Później nastąpiły aresztowania prezesów kolejnych Zarządów Głównych WIN. W listopadzie 1945 r. aresztowany został pierwszy komendant WIN płk Jan Rzepecki, a w październiku 1946 aresztowania dosięgły płka Franciszka Niepokólczyckiego i jego towarzyszy. Płk Niepokólczycki szczególnie rozwinął sieć wywiadu i samoobronę. Za jego kadencji, Zarząd Główny WIN przekazał obszerny memoriał do Rady Bezpieczeństwa ONZ o sytuacji w Polsce. Dokonano tego przy pomocy kanału dyplomatycznego Ambasady Belgijskiej w Warszawie. W listopadzie 1946 r. ppłk Wincenty Kwieciński, objął prezesurę tzw. III. Komendy WIN. Aresztowany został już w styczniu 1947 r. Czwartym był ppłk Łukasz Ciepliński. Czynił starania, aby scalić niedobitków. Aresztowany 27.X.1947 w Zabrzu, gdzie prowadził sklep. Okazało się, że wśród ścisłego grona pracowników Komendy działał prowokator, ustawiony tam przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Prowokatorem tym, był Kazimierz Czarnocki. Bezpieczeństwo w ten sposób chciało przejąć w swoje ręce kierownictwo WIN, posługując się Czarnockim. Fala aresztowań objęła prawie wszystkie szczeble organizacyjne. W ciągu trzech następnych miesięcy aresztowano większość czołowych przywódców WIN. Ponad 300 osób. Dodam, że Zarząd Okręgu Śląsko-Dąbrowskiego WIN, rozbity został całkowicie na przełomie 1946/47. 20 października 1952 r. skazany został na karę śmierci gen. August Emil Fieldorf, ps. "Nil", "Maj". Śledztwem kierował sam Różański. W cztery miesiące później, 24 lutego 1953 r. - na dziesięć dni przed śmiercią Stalina - został stracony w celi na Rakowieckiej. Ten jeden z najwybitniejszych dowódców w Kraju, Komendant Główny "KEDYWU", zastępca ostatniego dowódcy AK gen. Leopolda "Niedźwiadka"-Okulickiego, a następnie komendant zakonspirowanej organizacji "NIE" - nie został rozstrzelany jak żołnierz, ale powieszony.
W jakiś czas po powrocie z więzienia komendanta Okręgu Śląskiego AK /1956 r./, dowiedziałem się od płk. Zygmunta Waltera-Janke, że V Komenda WIN została w pełni spenetrowana i zreorganizowana pod kontrolą UB i wywiadu MBP. Akcja ta była prowadzona przez polskich oficerów operacyjnych służby bezpieczeństwa, pod kryptonimem "Cezary". Wszystko wskazuje, że w całej tej sprawie decyzje były podejmowane w Moskwie.
Zbigniew Tadeusz Pająk urodził się 12 października 1915 r. w Oświęcimiu, w rodzinie inteligenckiej. Był synem Wiktora i Wandy Elżbiety z Karasinskich. Już w latach szkolnych wyróżniał się obowiązkowością i wysoką sprawnością fizyczną. Niewątpliwie na psychikę i dalszy los młodego człowieka miały wpływ Trylogia w której bohaterach był zakochany i patriotyczna atmosfera domu rodzinnego. Maturę zdał 13.VI.1935 r. w Miejskim Gimnazjum Męskim im. Mikołaja Kopernika w Katowicach. W tym samym roku mundur szkolny i harcerski zmienił na wojskowy.
Był jednym z tysiąca dwustu kandydatów do zawodowej Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrów-Komorowie. Z każdych czterech kandydatów, odpadło trzech. Po promocji, która odbyła się v; 1938 roku został przydzielony do 71 pp. Pułk stacjonował w Zambrowie. W czerwcu 1939 r. otrzymał przydział do oddziału i został skierowany do budowy fortyfikacji nad Narwią, w okolicach Łomży. Zgodnie z opinią przełożonych, ppor. Zbigniew Pająk posiadał wszystkie cechy bojowego dowódcy, to jest odwagę ofensywną, odpowiedzialność i wysokie poczucie obowiązku. Ponadto, czuł się dobrze w atmosferze ryzyka.
71 pułk piechoty należał do 18 Dywizji Piechoty, która wchodziła w skład formującej się w początkach 1959 r. Grupy Operacyjnej "NAREW", dowodzonej przez gen. Czesława Młota-Fijałkowskiego. W warunkach wojny, Dywizja miała utrzymać odcinek frontu od Ostrołęki po Wiznę. Część odcinka w rejonie Nowogród-Łomża i Wizny była umocniona fortyfikacjami pospiesznie budowanymi, uzupełniającymi stare fortyfikacje Łomży sprzed pierwszej wojny światowej. Część przedpola na odcinku środkowym, przygotowana była do zalania wodą, w którym to celu budowano jazy. Umocnienia stałe zostały oparte na przestarzałych fortach i były uzupełnione lekkimi schronami. Druga linia umocnień znajdowała się na południowym brzegu Narwi i w dniu wybuchu wojny, była gotowa zaledwie w 50 procentach.
1 września 1939 r., od wczesnych godzin rannych Łomża była bez przerwy bombardowana. Próba zdobycia miasta w dniu 7 września we wstępnym boju -przy silnym wsparciu artylerii - rozbiła się według oceny gen. Guderiana "...o mężną obronę Polaków, a także z powodu niedostatecznego doświadczenia bojowego naszych żołnierzy..." W dniu 9 IX załoga odcinka Łomża odparła kolejne natarcie niemieckie. Już w pierwszym dniu walki ppor. Zbigniew Pająk został kontuzjowany i bezpośrednio po opatrunku/ wrócił na swoje stanowisko bojowe d-cy plutonu. Ostatecznie, 18 Dywizja pozostająca w ciągłej obronie, razem ze sztabem została zepchnięta w kierunku płonącej już Łętownicy.
Walki były zacięte i krwawe. Oddziały polskie wciąż odpierały kolejne przeciwnatarcia Niemców. W ogniu parokrotnie przeważających sił wroga, a przede wszystkim zmasowanej broni pancernej n-pla, coraz bardziej zaciskał się kocioł. Jednostki polskie podjęły kolejne próby rozerwania tego pierścienia. Na polach Łętownicy i Andrzejewa, rozegrał się ostatni bój 18 Dywizji. W kolumnie znajdowało się już ok. 5 tysięcy rannych, których transportowano w wozach konnych oraz resztki zdziesiątkowanych trzech pułków piechoty, w sile 6-8 kompanii strzeleckich. Tu właśnie ppor. Pająk został drugi raz ranny. Nie przekazał jednak dowództwa i pozostał przy żołnierzach.
Jest dzień 12 września. Od rana rozpoczął się bój wykrwawionej i zdziesiątkowanej Dywizji, który z przerwami trwał do świtu dnia następnego. Pod Łętownicą poległ d-ca 18 Dywizji płk Stefan Kossecki, weteran pierwszej wojny, inwalida bez ręki. Poległ jego zastępca Płk Aleksander Hertel, poległo czterech oficerów sztabu. Poległo ponad trzystu oficerów i żołnierzy, rannych było ponad pięciuset. Resztki Dywizji, zdolne jeszcze do walki, wykonując przedśmiertny rozkaz dowódcy płk. Kosseckiego "...iż Dywizja nie może się poddać...", przebijało się grupkami lub pojedynczo przez pierścień niemiecki. Przedtem jeszcze akta Dywizji i pułków oraz ciężki sprzęt, zostały zniszczone.
W ostatniej fazie walki, ppor. Pająk poderwał swoją grupę do natarcia. Poprowadził żołnierzy, aby się przebić. Osobiście zniszczył wiązką granatów gniazdo niemieckiej ciężkiej broni maszynowej i w takich okolicznościach otworzył drogę i wyprowadził resztki plutonu z okrążenia. Straty własne były wielkie. W czasie uderzenia Pająk został trzeci raz raniony. W dniu poprzednim, w ostatnim rozkazie dowódcy Dywizji, tam na polach Łętownicy, ppor Zbigniew Pająk wymieniony został na liście odznaczonych. Zaczyny nieustraszonego męstwa, wyróżniony został srb. Krzyżem Orderu Virtuti Militari.
Resztki wykrwawionych jednostek polskich, które wyrwały się z okrążenia, dotarły do innych ugrupowań lub prowadziły walkę partyzancką. Ani jeden oficer sztabu i ze sztabów pułków, ani jeden d-ca pułku piechoty, ani jeden zwarty oddział nie dostał się do niewoli w boju pod Lętownicą-Andrzejewem. Natomiast zwycięscy Niemcy wzięli do niewoli ponad pięć tysięcy rannych, około tysiąca cywilnych woźniców i tych, których krańcowe zmęczenie siedmiodniowej walki, zwaliło z nóg. Odbili także pod Łętownicą ok. pięciuset jeńców niemieckich, zabranych przez Dywizję do niewoli w ostatnich dwóch dniach boju.
Ppor. Zbigniew Pająk szczęśliwie wyrwał się z okrążenia. Ranny i dwukrotnie kontuzjowany przedostał się do Warszawy i w bardzo krótkim czasie na wiązał kontakt ze zbrojnym podziemiem ZWZ-AK. Używał kolejno pseudonimów "Karat" i "Tramp". Aresztowany przez gestapo, brawurowo otworzył sobie drogę ucieczki, tym razem z więzienia przy ul. Daniłowiczowskiej. Następnie ukrywał się pod przybranym nazwiskiem Zbigniew Parwicz i nadal działał na odcinku organizacyjnym Armii Krajowej. W tym samym czasie studiował medycynę na tajnym uniwersytecie, gdzie zaliczył trzy lata. Zagrożony ponownym aresztowaniem, wyjechał z Warszawy. Zmieniał kolejne miejsca pobytu. Wreszcie trafił na Lubelszczyznę, gdzie walczył w oddziale partyzanckim AK pod ps. "Zew". Latem 1944 r. por. Zbigniew Pająk-Parwicz brał udział w akcji "BURZA". Działania wojenne zakończył z chwilą wkroczenia Armii Czerwonej. Oddział rozwiązał się w Jasienicy Rosielskiej nad rz. Stobnicą. Za walkę w konspiracji akowskiej odznaczony został Krzyżem Walecznych i Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami.
Wojna jeszcze trwała. W połowie listopada 1944 r. zgłosił się do Wojska Polskiego w Rzeszowie. W stopniu porucznika otrzymał przydział na stanowisko dowódcy 2. kompanii I. batalionu, w organizowanej na terenie Tomaszowa Lubelskiego 3. Oficerskiej Szkoły Piechoty. Następnie Szkołę przeniesiono do Inowrocławia, gdzie 7 IX 1945 r. został zdemobilizowany. Po zakończeniu działań wojennych otrzymał Medal Za Odrę, Nysę, Bałtyk oraz Medal Zwycięstwa i Wolności.
20 września 1945 r. wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Został dowódcą kompanii w Centrum Wyszkolenia MO w Słupsku. Służba ta jednak trwała bardzo krótko, z uwagi na przeszłość akowską por. Pająka-Parwicza. W niecałe dwa miesiące późnięj, został wydalony decyzją Komendanta Głównego MO z dnia 16.XI. 1945 r. Następnie znalazł zatrudnienie jako referent zaopatrzenia w Powiatowej Spółdzielni Spożywców w Słupsku. Potem podjął pracę na stanowisku referenta WF w Powiatowym Urzędzie WF i PW w Wałbrzychu. Stamtąd przeniesiony został z dniem 1 IV 1947 r. na stanowisko inspektora WF w Wojewódzkim Urzędzie WF i PW we Wrocławiu. Jednocześnie kontynuował studia na Wydziale Lekarskim. Przez cały czas był inwigilowany. W roku 1947 urzędowo zmienił nazwisko rodowe Pająk - na okupacyjne Parwicz /pismo wojewody wrocławskiego z 13.VI.1947/.
W dniu 11 VIII 1947 r. por. Zbigniew Pająk-Parwicz został aresztowany. Wszystko potoczyło się zgodnie ze scenariuszem tych czasów. Poczuł lufę na brzuchu, ręce w kajdanki, a potem rewizja mieszkania. Postawione mu zarzuty dotyczyły kontaktów z nielegalną organizacją oraz działań w zakresie obalenia siłą ustroju. Śledztwo prowadzone było w Warszawie i tam też był więziony.
Każde przesłuchanie rozpoczynało się i kończyło biciem. Przesłuchujący mieli tylko imiona ludzi, bo serca mieli zwierzęce. Prokuratorzy w tych czasach nie mieli problemów, świadkowie bez wyjątku przywożeni byli bezpośrednio z więzienia i ledwo trzymali się na nogach. Na pytanie oskarżyciela, a nawet bez pytań recytowali szereg zarzutów. Śledczy w tych czasach, to nie zawsze tępy bandyta. Byli też, wyszkoleni fachowcy, stosujący nawet metody naukowe obrabiania ludzkiej duszy. Mówili "opiszcie waszą działalność szpiegowską..." Wtedy walili w twarz, aby pomóc jego pamięci. Potem przekonywania, pytania... i następna runda pobudzania pamięci, z zastosowaniem środków bardziej wyrafinowanych. Było to sadzanie na nodze stołka -współczesna, łagodna metoda wbijania na pal. Innym razem zwyczajne bicie. Kopali swoje ofiary. Do bicia używali kabla, pręta metalowego i innych twardych przedmiotów, zgniatali ich paznokcie. Poniżali więźniów w najohydniejszy sposób, szydzili z polskiej tradycji narodowej, historii, z Boga, Matki Boskiej i Kościoła. Byli tam także zwyczajni bandyci, jak np. oficerowie śledczy Edward Grzelak, Władysław Kurek, Marian Urbaniak i inni. Byli i wirtuozi: Humer, Markus-Kac, Serkowski, Grabicki, bracia Szymańscy, Dusza, Kobylec, Strzałkowski, Matejczuk, Pugacewicz e. c. To była banda katów. Później kawalerowie orderów i działacze ZBoWiD.
Mokotowskie więzienie jest już wystarczająco znane, ze stosowanych tam metod. "Ty sk....synu! Wszystko podpiszesz. Inaczej zgnijesz w wiezieniu... Gdy oddziałowy był w złym humorze, wlewał do celi kilka wiader wody. Więźniowie godzinami zbierali wodę, a na samym końcu, w nocy suszyli beton własnymi ciałami. Szykany te powtarzały się często. Stosowano także bez przerwy, permanentne przesłuchiwania. Czasem przez kilkanaście godzin. Łamanie oporu trwało miesiącami. W wiezieniu działy się sceny dantejskie. Na cały gmach rozlegały się korytarzami krzyki i jęki katowanych, więźniów bito boleśnie. Po nerkach, uderzano pięścią w żołądek. Bardzo często musieli stać nago, przy otwartych oknach, od czasu do czasu polewani wodą. Ten rodzaj tortur nosił nazwę "wieczornej plaży". Z zasady w każdej celi siedział kapuś. W tym właśnie czasie poddawani byli na Mokotowie nieludzkim praktykom tacy, jak wyżsi oficerowie z procesu gen. Tatara, lotnicy RAF, płk Oborski, szef artylerii z dywizji gen. Prugara -Ketlinga, walczącej we Francji, młodzież powstańcza z batalionu "Zośka", płk St.Skalski, jeden z najwybitniejszych lotników polskich walczących na Zachodzie. Byli tam także i cierpieli: Antoni Antczak, prezes Stronnictwa Pracy w latach okupacji i poseł na Sejm RP, płk Franciszek Niepokólczycki, drugi szef WIN, gen. Mossor, mjr Jamont Krzywicki, adiutant kolejnych komendantów AK, Jerzy Braun, działacz i filozof Katolicki, oficerowie z Wileńskiej Dywizji AK i wielu innych. Po prostu towarzystwo doborowe. Nie ominął także Parwicza "komin Różańskiego" Była to wąska betonowa klatka, w której więzień musiał stać nie raz godzinami, po uda w ludzkich ekskrementach. Zwyrodnieni funkcjonariusze, w ten sposób chcieli poniżyć, upodlić i złamać więźnia.
Z zachowanego protokółu śledztwa wynika, że w czasie przesłuchania Zbigniewa Parwicza w dniu 12 IX 1947 r. zadano mu m.in. następujące pytanie:
"...Podajcie dokładnie waszych krewnych i znajomych?"
"Odpowiedź:
1/ Matka - imię Wanda Pająk z domu Karasińska - zamieszkuje Oświęcim ul. Jagiełły nr 45,
2/ żona - Parwicz Wiesława z domu Pelc-Bobińska - zamieszkuje Wałbrzych, ul. Roli-Żymierskiego 97/8 albo Wrocław ul. Olszewskiego 62/2.
3/ Wujek - Żagań Karol, prof. gimn. obecnie wykłada w Siemianowicach w jednym z gimn., adres Siemianowice, ulicy nie znam.
4/ Wujek - Karasiński Tadeusz zatrudniony w Wojewódzkim Urzędzie w Katowicach, adres: Katowice ul. Wandy nr 36 albo 38.
5/ dalsi krewni - Fieldorfowie: Józef zatrudniony na kolei w Krakowie, żona jogo i córka Dzidka chodzi do szkoły, zamieszkuje Kraków ul. Bosacka nr 6/1.
6/ Fieldorf Emil zamieszkiwał w okupację razem z Wierzbicką Stanisławą, ps. "Tamara" w Częstochowie przy ul, Barbary nr około 91, 92, 93, 94, był szefem Korpusów Dywersyjnych w Podziemiu. Występował pod pseudonimem "Maj", a następnie "Nil". Był jednym z dowódców organizacji podziemnej "NIE". Wiem to ze słów Wierzbickiej Stanisławy. Ponadto dodała, że został aresztowany w m-cu marcu 1945 r. w Pruszkowie..."
Ostatnią formą tortur, było opracowanie aktu oskarżenia na podstawie przyznania się do winy. Nieprzyznanie się, stanowiło dla oskarżonych dodatkową okoliczność obciążającą. Starszy śledczy GZI WP kpt. Edward Grzelak, sporządził w dniu 14 IX 1949 r. akt oskarżenia przeciwko Zbigniewowi Pająkowi-Parwiczowi, Kazimierzowi Babińskiemu i Adelajdzie Połońskiej-Bąbińskiej. We wstępie czytamy:
"W 1944 roku w tym samym czasie, gdy nowo zorganizowane Wojsko Polskie u boku swego Sojusznika - Związku Radzieckiego, zajęte było dobijaniem faszystowskiego napastnika, d-ctwo AK pałając nienawiścią do demokratycznego Rządu Polskiego, starało się przy pomocy wszystkich dostępnych mu środków rozbić jedność Narodu, doprowadzić do wojny domowej i tym sposobem utorować drogę rządowi londyńskiemu /.../ W czasie od wyzwolenia Polski do końca 1945 r., pełniąc służbę w 3-ciej Ofic. Szkole Piechoty i po zwolnieniu z wojska na terenie kraju usiłował przemocą usunąć ustanowione organa władzy zwierzchniej Narodu i obalić ustrój Państwa Polskiego przez to, że: organizował wraz z Rolińskim, Stachowiczem, Wójcikiem, Bełzą i innymi antypaństwową grupę na terenie 3-ciej Oficerskiej Szkoły Piechoty w Tomaszowie Mazowieckim i Inowrocławiu, przygotowywał wraz z wymienionymi masową dezercję kołnierzy, celem doprowadzenia jednostki wojskowej do rozkładu; jako członek antypaństwowej organizacji "Delegatura Sił Zbrojnych" nawiązał i utrzymywał łączność między antypaństwową grupą na terenie 3-ciej Oficerskiej Szkoły Piechoty a "Delegaturą Sił Zbrojnych"; przewoził i dostarczał antypaństwowej grupie na terenie 3-ciej O.S.P. nielegalne ulotki, biuletyny, rozkazy i instrukcje nawołujące do działalności antypaństwowej; po zwolnieniu z wojska organizował łączność miedzy antypaństwową grupą, działającą na terenie 3-ciej Ofic. Szk. Piech. z ośrodkiem dyspozycyjnym nielegalnej organizacji antypaństwowej, zmierzającej środkami gwałtu do obalenia Rządu i ustroju Państwa Polskiego; to jest o popełnienie przestępstwa przewidziane go v: art.86 1 i 2 K.K.W.P. /.../"
W odróżnieniu od śledztwa, proces był krótki. Pusta niewielka sala, stół kilka zaledwie krzeseł. Oprócz oskarżonych byli obecni: przewodniczący ppłk Aleksander Warecki, ławnik por. Stanisław Iwan i por. Zenon Król, przy udziale prokuratora wojskowego mjra Feliksa Aspisa, wiceprokuratora Naczelnej Prokuratury WP, bez udziału obrońców. Wstać. Sąd idzie i cyniczne słowa: "W imieniu Rzeczypospolitej..." Potem już beznamiętne prawnicze formułki, dekrety, artykuł i kara: śmierć. Tak każe ceremoniał. Parodia prawa. Morderstwo.
Wyrokiem Sądu Rejonowego w Warszawie z dnia 30 I 1950r. Zbigniew Parwicz skazany został na karę śmierci, utratę praw publicznych na zawsze i przepadek mienia. Na tej samej rozprawie wydano wyrok na K. Babińskiego i Adelajdę Połońską-Babińską. Postanowieniem Najwyższego Sadu Wojskowego z dnia 9 III 1950r. wyrok został utrzymany.
Czekanie na śmierć było dodatkową torturą. Ciągle ktoś ubywał ze starych mieszkańców celi. Stale wypatrywano przez blindaże i liczono przywiezione do wiezienia paki, zbite ze starych desek, trumny dla skazańców. Na mocy ustawy o amnestii z dnia 22 II 1947 r. złagodzono mu wyrok z kary śmierci na karę 15 lat więzienia, pozbawienie praw obywatelskich na lat 5 i przepadek mienia
Skazani przewiezieni zostali do nowego więzienia we Wronkach. Na dziedzińcu musieli się rozebrać do naga, a następnie klęczeć. "Teraz będziecie, się modlić o przyjęcie do więzienia..." kpili strażnicy. Równocześnie groźbami i obelgami manifestowali swoją wrogość. Padały wyłącznie słowa anatomiczno-porównawcze. Antypatyczny, czarny, krostowaty naczelnik więzienia Jarnuszkiewicz, wyczytał i sprawdził nazwiska, a potem wygłosił pełne pogróżek przemówienie "powitalne". Na koniec przegonił nowych więźniów przez szpaler oddziałowych z pałami. I wtenczas dopiero odbyło się powitalne bicie. Kiedy więźniowie biegli na oddział wzdłuż szeregu rozjuszonych strażników, Pajak-Parwicz starał się trzymać sąsiada, aby funkcjonariusz bijąc go, nie zdążył nabrać kolejnego rozmachu. W ten sposób udało mu się dobiec szczęśliwie do korytarza. Na załomie stał atletycznie zbudowany zbir. Bydlę wielkie. Złapał Parwicza za gardło i ryknął: "za co siedzisz sk...synu?! Dodając jeszcze kilka gorszych epitetów. Kiedy usłyszał słowo AK, w odpowiedzi uderzył. Nokaut spowodował wstrząs, wylew i uszkodzenie lewego oka
We Wronkach w tym czasie odsiadywał, już wyrok komendant Okręgu Śląskiego Armii Krajowej płk Zygmunt "Walter"-Janke, gen. Jerzy Kirchmayer, historyk wojskowości, płk dr Wacław Lipiński, wybitny historyk i publicysta, biskup gdański Carl Maria Splett, lingwista, znakomity znawca języków Wschodu. Wyżywienie było tu jeszcze gorsze niż na Mokotowie. Podstawową była "zupa obiadowa" z buraków pastewnych lub brukwi. Tłuszczu do niej raczej nie dawano. Więźniowie w większości chorowali na szkorbut, tracili zęby, wpadali w gruźlicę, nabawiali się ostrego reumatyzmu. W bardzo krótkim czasie por. Pająk-Parwicz wpadł w anemię i nabawił się kurzej ślepoty. Potem przyszła gruźlica.
Zwierzęca pomysłowość zwyrodniałych funkcjonariuszy i urzędników więziennych, przewidywała m.in. następujący zestaw tortur: leżenie na betonie na zlanej wodą podłodze, co nazywano "walką z gruźlicą". Kiedy klawisz wrzeszczał "małpi chód?, to nalegało paść na czworaki i wchodzić oraz schodzić po schodach. Kto słabnął dostawał parę pałek. "Diabelska miłość", to zanurzanie więźnia w kloacznym dole. Stosowano również "leczenie zębów". Więzienny sadysta nadrywał ząb po zębie. Ulubiona zabawą strażników była "ucieczka do Anglii". Leżących nago na betonowej wilgotnej, często zalanej wodą podłodze, wiosłujących rękami więźniów, pytano przez "judasza": "Co robicie?" "Płyniemy do Anglii - odpowiadali chórem. Na pytanie: "Daleko macie?" Musieli odpowiedzieć: "Brzegu nie widać..." "No to płyńcie sk..." orzekał strażnik. Zmarłych grzebano gdzieś koło wiatraka. Chowano ich nago.
Po dwóch latach pobytu we Wronkach, uśmiechnął się los do więźnia Pająka-Parwicza. Od połowy 1952 roku powierzono mu obowiązki lekarza więziennego i umożliwiono dostęp do literatury medycznej. Po prostu niespodziewanie wystąpił wakat z braku kandydata do tej pracy. Płk Walter- Janke zapamiętał z tego okresu następujący incydent: w czasie opatrunku, p. o. lekarz Parwicz wiedząc już wcześniej, że więzień Janke to były komendant Okręgu Śląskiego AK, odruchowo stanął przed nim w postawie zasadniczej, podając szeptem swój stopień, pełnione funkcje i pochodzenie. Pułkownik przerwał gestem ręki i także szeptem odpowiedział: "Dajcie spokój kolego. Tu nie ma już pułkowników, tu wszyscy są równi..." Zarówno śląski Komendant, jak i partyzant z oświęcimskiego Obwodu AK Czesław Majkut. ps. "Wujek", z sympatią wspominali i podkreślali życzliwość, jaką okazał im w tych ciężkich warunkach więzień-lekarz Zbigniew Parwicz. Dobre słowo i jedna tabletka aspiryny, znaczyły wtenczas bardzo wiele.
Zmarł Stalin. Skutki wydarzeń zachodzących w Moskwie, znalazły także jakiś wydźwięk za murami więzienia. Ujawniono tylko część zbrodni UB, które nazwano "wypaczeniami" i "łamaniem prawa". W 1953 r. zjawiła się we Wronkach grupa prokuratorów. Wzywali więźniów, rozmawiali, dali papier i kazali pisać oświadczenia. Przedstawiciele Prokuratury Generalnej na każdym kroku wyrażali zdumienie i wręcz byli zaszokowani tym, co tutaj się działo. Równocześnie mieli pretensje do więźniów, że o tym nie sygnalizowali, bo oni o tym nic a nic nie wiedzieli... Ich cynizm i obłuda przekraczały wszelkie granice. W kraju nastąpił jednak troszkę lepszy klimat polityczny. W wyniku kolejnej amnestii zmniejszono Parwiczowi karę do lat dziesięciu. Z więzienia został zwolniony 15. II. 1955 r. z uwagi na gruźlicę i ogólny stan zdrowia. Odniesiony we Wronkach uraz czaszki, spowodował sukcesywną utratę wzroku prawego oka.
Na zwolnienie patrzono jeszcze w tych czasach, jak na wielki akt łaski i szczęście, za które należało być wdzięcznym. Więc jeszcze tylko kosmetyka na drogę, aby wychodząc za bramę więzienną nie kompromitować swoim wyglądem zakładów penitencjarnych. A więc kąpiel, golenie, strzyżenie, a przede wszystkim oświadczenie do podpisu w kancelarii, że zachowa się w tajemnicy wszystkie detale dotyczące śledztwa oraz odsiadki. Strażnicy już byli uprzejmi, życzyli nawet powodzenia, i radzili, aby wychodząc za bramę nie oglądać się za siebie. "Rozumiecie - mówili - przesad, przesądem, ale na wszelki wypadek, bo wszystko jeszcze może się zdarzyć...".
Po wyjściu z więzienia długo nie mógł znaleźć pracy, bo nigdzie człowieka z taka przeszłością nie chcieli. Miejscowe kacyki utrudniały mu życie. Początkowo musiał, co tydzień meldować się w Urzędzie Bezpieczeństwa. Dom nachodzili milicjanci. Po trzech miesiącach znalazł pracę jako lekarz w Szpitalu Przeciwgruźliczym w Pelplinie. Tu miał także możliwość podreperowania swojego zdrowia. Był tam zatrudniony do października 1955 r. Następnie przeniósł się do Obwodowej Przychodni Lekarskiej w Gdańsku. Tam pracował w charakterze pielęgniarza. Równocześnie czynił starania o przyjęcie do Akademii Medycznej, aby dokończyć studia. Wreszcie został przyjęty. Postawiono mu jednak warunek, że do 1 X 1957 r. załatwi sprawę procesu rehabilitacyjnego. W międzyczasie w naszym Kraju nastąpiły zmiany polityczno społeczne, związane z październikiem 1956 r. Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego dla m.st. Warszawy z dn. 7 VIII 1958 r. został uniewinniony z zarzucanych mu czynów. Pomimo orzeczenia o inwalidztwie, przez cały okres studiów pracował. Po prostu zmuszały go do tego warunki materialne. Studia na Wydziale Lekarskim w Gdańsku ukończył z wyróżnieniem w 1962 r.
W latach 1958-1961 pełnił obowiązki lekarza w Wojewódzkiej Przychodni Higieny Szkolnej, a następnie w Wojew. Stacji Pogotowia Ratunkowego w Gdańsku. Od lutego 1961 pracował już jako lekarz w Okręgowym Zarządzie Lasów Państwowych. W 1964 r. przeszedł do pracy w Zjednoczeniu Uzdrowisk Polskich Połczyn Zdrój i Kamień Pomorski. Pracował tam w charakterze kierownika Ośrodka Naukowego Rehabilitacji, a od 1972 r. powołany został na stanowisko kierownika Zakładu Rehabilitacji w Zagłębiu Miedziowym w Lubinie. Następnie pełnił funkcję kierownika w Wojewódzkiej Poradni Rehabilitacyjnej Wojewódzkiego Szpitala Zespołowego w Kaliszu /1978-80/. To była jego ostatnia praca przed przejściem na emeryturę. Za zasługi w pracy zawodowej na odcinku służby zdrowia, odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, schorowany na skutek odniesionych ran i przeżyć więziennych, dożył 73 lat. Zmarł w Kaliszu 10 czerwca 1988 roku i pochowany został w sąsiednim Goliszewie. Por. Zbigniew Pająk-Parwicz był jednym z tych, bezkompromisowych obrońców sprawy narodowej, którzy przez 50-lecie "ludowych" rządów, uznawani byli za "faszystów". Przeszedł przez najgorsze stalinowskie katownie. Przeszedł polską szkołę cierpienia.
Testament Lenina nie został spełniony. Płomień rewolucji nie objął Europy Zachodniej, a w Środkowej, prawie już wygasł. Upadek komunizmu nie przyniósł jednak ze sobą odpowiednika procesów norymberskich, ani dekomunizacji. Oba totalitaryzmy umarły w zupełnie różny sposób. Szybka śmierć hitlerowskiego faszyzmu, ujawniła już 55 lat temu rozmiar zbrodni brunatnego systemu. Komunizm konał długo. Rosyjscy historycy odkrywają dopiero dziś ewidentne dowody zbrodni, o których - poza Rosją - wiedział już dawno cały świat. Oficjalna historia Związku Radzieckiego okazała się, stekiem kłamstw i oszustw, a Lenin i Stalin największymi katami i zbrodniarzami w dziejach ludzkości.
Raport tzw. "Komisji Mazura", badającej po 1956 roku zbrodnie stalinowskie w Polsce, wymienia zaledwie 13 sędziów, którzy "powinni ponosić odpowiedzialność indywidualną" za łamanie prawa. Stefan Michnik był wśród nich najmłodszy. Kiedy zaczynał wydawać wyroki, liczył zaledwie 22 lata. Prawdopodobnie jest ostatnim żyjącym. Dwaj, prezes i zastępca prezesa Najwyższego Sądu Wojskowego, a to płk Wilhelm Świątkowski i płk Aleksander Tomaszewski, byli oficerami sowieckimi. Po październiku 1956 wyjechali do ZSRR. Stąd też wnioski Komisji ich nie objęły. Raport ten powstał na początku 1957 r. i miał ocenić działalność Informacji WP, kierownictwa prokuratury i sądownictwa wojskowego. W efekcie końcowym wyniki i konsekwencje były prawie żadne.
Stefan Michnik został asesorem w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie w 1951 r. Już bezpośrednio po kursie asesorskim nakazał wykonanie wyroku śmierci na rotmistrzu Andrzeju Czaykowskim, cichociemnym, d-cy batalionu "Ryś" w Powstaniu Warszawskim. Znany był ze swej bezwzględności. W jednym tylko procesie NSZ, wydał aż trzy wyroki śmierci. Jego ręce ociekały krwią. Potem musiał odejść z wojska. Dopiero w marcu 1969 r. wyrzucono go z partii, W tym samym roku wyjechał do Szwecji. Wcześniej czynił starania o wyjazd do USA i Izraela, ale ze względu na komunistyczną przeszłość, otrzymał odmowę. Stefan Michnik ma dziś 70 lat i mieszka w Uppsali.
Wymieniony w "Raporcie" i znany nam z procesu por. Pajaka-Parwicza prokurator i szef Biura NSW płk Feliks Aspis, wydał minimum dwadzieścia wyroków śmierci. Był to wyjątkowy kat. W czasie rozrachunkowej narady partyjnej w grudniu 1956 roku ujawnił, że "na karę śmierci za zbrodnię zamachu gwałtowne go można było skazać chłopa, który uderzył milicjanta w sprzeczce z nim, gdzie ma stać furmanka..." Takie to były czasy.
Funkcjonariusze Informacji Wojskowej, którzy w sprawie gen. Tatara oraz wyższych oficerów WP tj. Utnika i Nowickiego, stosowali okrutne metody śledztwa, nigdy już nie stanęli przed sądem. W roku 1958 Najwyższy Sąd Wojskowy na podstawie amnestii umorzył wobec nich postępowanie karne. Szef Głównego Zarządu Politycznego WP gen. Wojciech Jaruzelski zdegradował w 1967 roku 1348 wojskowych, za brak miłości do ZSRR, żydowskie pochodzenie albo obcość ideologiczną. Rozkazy Jaruzelskiego dotąd nie zostały cofnięte.
W wyniku informacji podawanych przez media, utarła się opinia, że najstarszy rangą z żyjących funkcjonariuszy MBP jest Adam Humer, b. dyrektor Departamentu śledczego MBP. To nie jest prawdą. Jan Ptasiński i Konrad Świetlik, wiceministrowie MBP, jeszcze żyją. Ptasiński był murarzem, Świetlik ogrodnikiem. Naturalnie to było przed wojną. Po wojnie zostali wiceministrami bezpieczeństwa publicznego i urząd swój pełnili do grudnia 1956 r., to jest do rozwiązania ministerstwa. Maria Gurowska, sędzia w procesie Fieldorfa zaraz po wojnie została dyrektorem Szkoły Prawniczej w Łodzi. Po półrocznych kursach wychodzili stamtąd sędziowie i prokuratorzy. Nabór dokonywany był wśród łódzkich ślusarzy, tramwajarzy i tkaczek.
Jedną z tych, którzy doprowadzili do śmierci gen. Augusta Emila Fieldorfa, była prokurator wojskowy ppłk Helena Wolińska-Brusowa /z domu Fajgla Mindla Danielak/. Potrafiła trzymać w więzieniu człowieka, nawet po wyroku uniewinniającym. Potem wyjechała z mężem do Wielkiej Brytanii. Znacznie wcześniej jej mąż Brus razem z Baumanem, pomagali wyrzucać z uczelnianych katedr najwybitniejszych przedwojennych profesorów. Ofiarami tych czystek byli m.in. prof. Kotarbiński, Tatarkiewicz i inni. Młodzi stalinowcy zajęli ich miejsca. W ostatnich czasach Polska rozpoczęła procedurę ekstradycyjną wobec Heleny Wolińskiej-Brusowej, odpowiedzialnej za aresztowanie legendarnego generała "Nila". Ciekawe, czy zbrodniarka ta uniknie ziemskiej sprawiedliwości?
Akcja miała miejsce w początkach 1946 roku. W Polsce panował terror, aresztowania opozycji i walka z podziemiem. Na terenie Ziemi Oświęcimskiej, PSL prowadziło agitację antykomunistyczną w związku ze zbliżającym się referendum. Władza "ludowa" starała się zastraszyć przede wszystkim wieś. Na wniosek oświęcimskiej "Powiatówki", do Zatora zjechało dwóch funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa wraz z pododdziałem KBW, który tam się zakwaterował. Ubowiec Franciszek Krawczyk i jego towarzysz znający teren, a przed wojną parobek na plebanii w Przeciszowie, natychmiast rozpoczęli działanie. Zgodnie z planem, wybrali się w odwiedziny do znajomego proboszcza w Przeciszowie. Ks. Mieczysław Friedberg przyjął ich serdecznie. Dawny parobek, a obecnie funkcjonariusz służby bezpieczeństwa, opowiedział proboszczowi zmyśloną historię, że wracają z Oświęcimia, gdzie szukali pracy. Przy okazji z niepokojem zapytali dobrodusznego księdza, czy w okolicy nie ma milicjantów? Dali mu także do zrozumienia, że obaj tkwią w podziemiu. Potem pogawędzili i poprosili o nocleg. Gołębie serce miał ks. Friedberg. Spóźnionych gości nakarmił, przenocował, a rano dał śniadanie i swoje błogosławieństwo wraz z "wałówką" na drogę. Ubowcy podziękowali. Kiedy wyszli, zauważyli przed sklepem grupkę wyrostków. Skierowali do nich swoje kroki. Zagaili i prosto z mostu oświadczyli chłopcom, że są partyzantami i chcą zakupić broń dla oddziału. Będą płacić dolarami. Zaproponowali im także przyjęcie do "leśnego wojska". Z miejsca zgłosili się dostawcy i ochotnicy. Nie dość tego, podali nazwiska znajomych, u których jeszcze może być pepeszka lub pistolet, a także adres miejscowego milicjanta. Na pożegnanie, funkcjonariusze UB ustalili godzinę i miejsce spotkania, naturalnie nocą w lesie. Chłopcy byli punktualni. Słowa dotrzymali. Zgłosili się z bronią i ochotnikami, a ubowcy z erkaemem i drużyną KBW. Zgarnęli wszystkich. Jeszcze tej samej nocy powybierali z domów - według listy - pozostałych. Ku przerażeniu mieszkańców Przeciszowa, w krótkim czasie posypały się wyroki. Emerytowany ubek Krawczyk podobno dotąd żyje i mieszka w Bielsku-Białej. Tam też działał w ZBoWiD Nasuwa się pytanie, czy ten prowokator, zasłużony później w likwidacji oddziałków leśnych "Huragana", "Mściciela", "Błyskawicy", "Żbika" i "Prawego" - otrzymuje nadal dodatek kombatancki?
Zdrowie Czesława Kiszczaka musiała badać specjalnie powołana komisja, z urologiem, kardiologiem i laryngologiem. Dopiero lekarze zadecydują, czy może brać udział w procesie. Dlatego też - mimo wezwania - na sali się nie pojawił. W procesie pięciu byłych oficerów śledczych MBP, oskarżonych o nieludzkie znęcanie się nad więźniami w latach stalinizmu - zabrakło głównego oskarżonego. Adam Humer nagle zachorował. W tej sytuacji proces nie mógł się rozpocząć. Jedna czwarta byłych pracowników służby bezpieczeństwa, którzy są dziś policjantami, nie przeszło weryfikacji. W policji pracuje przeszło 6700 dawnych esbeków, w tym 1500 to kobiety, kiedyś zatrudnione w bezpiece, w większości na stanowiskach kancelaryjno-biurowych. W centrali policji, byli esbecy zajmują 7,5 proc. stanowisk oraz 15 ze 144 stanowisk kierowniczych w komendach wojewódzkich policji. Dwóch komendantów wojewódzkich, pracowało kiedyś w peerelowskiej bezpiece /dane z XII/1998 r./.
Historyk francuski Stephane Courtois, szef zespołu historyków i autor "Czarnej księgi komunizmu", wydanej ponad rok temu uważa, "że Polska nie rozliczyła się z czasów stalinowskich /.../ Z kolei Niemcom pomógł w powrocie do demokracji Trybunał Norymberski..." Dlatego też okres komunistyczny w naszym Kraju nie jest zakończony. Konieczność lustracji oraz pozostałych rozrachunków z przeszłością, wynika przede wszystkim z wymogów praworządności i sprawiedliwości, a te powinny stanowić podwaliny Rzeczypospolitej. W innym przypadku jedni będą szukali zemsty, inni natomiast będą wykorzystywali i nadużywali słabości ustroju, w celu uniknięcia konsekwencji. Grzech polegający na darowaniu win bez rachunku sumienia, skruchy i zadośćuczynienia, już zaczyna się mścić. "Gruba kreska" w polityce, oznacza cynizm. Kara natomiast będzie miała znaczenie dla przyszłych pokoleń. Nie dziwią więc tytuły prasy zachodniej, że z dniem 12 marca br. wprowadzono do NATO "konia trojańskiego".
Tadeusz Bielewicz
W temacie dot. Zbigniewa Parwicza, wykorzystałem m.in. informacje zawarte w artykule Marii Fieldorf i Leszka Zachuty "Wspólna sprawa", Zeszyty Historyczne WIN-u nr 11/1998.