Wobec tylu nowych spraw, które wokół mnie się działy, a stały się one znamiennym wyrazem tych dni
i było ich, zarówno czynów, jak i dni tak wiele, że po tym w czym brałem udział, mogę być tylko świadkiem.
- Wojny lata pierwsze
- W centrum
Jestem z 31 rocznika. Zanim nastała wojna uczęszczałem do I klasy Szkoły Powszechnej Nr 128 na Bródnie. Naszej klasy wychowawczynią i nauczycielką, której postać mam jeszcze przed oczami, była Pani Bartoszewicka. Jak się później dowiedziałem miała doktoraty z pedagogiki i polonistyki. Proponowali jej wykłady na Uniwersytecie Warszawskim. Odmówiła, twierdząc, że pełnię życiowego zadowolenia da jej uczenie i wychowywanie dzieci w pierwszych klasach szkoły powszechnej. Niestety później nasza rodzina straciła z nią kontakt. 1 września 1939 roku od rodziców dowiedziałem się o wojnie, o tym że nasze wojska walczą z Niemcami. Zamiast do szkoły, zajętej przez wojsko, pobiegliśmy z bratem na strych, by lepiej obserwować walki powietrzne. Mieszkaliśmy wówczas w Warszawie na Bródnie przy ul. Odrowąża nr 75, naprzeciw zachodniego wejścia na największy warszawski cmentarz. Był to duży wielopiętrowy z szarej cegły budynek, w którym poza kilkoma mieszkaniami miało swoją siedzibę przedszkole, kino oraz Gimnazjum i Liceum im. płka. Lisa-Kuli, którego pomieszczenia tego dnia przejęło wojsko. Z okienek strychu był rozległy widok w kierunku centrum Warszawy. Zobaczyliśmy tam nawet kilka samolotów.
Nazajutrz, gdy zapytałem się rodziców : "Kto wygrał?" A otrzymawszy odpowiedź, iż wojna jeszcze trwa, zdumiony stwierdziłem: "To żołnierze nie spali, tyko się bili." Później moja wojenna edukacja była już bardzo szybką. Oblężenie, wraz z jego "urokami" przeżyliśmy w Śródmieściu na Poznańskiej. Powróciwszy do siebie, do o dziwo nie zniszczonego i jeszcze z szybami mieszkania, i gdzie śpiewem przywitał nas kanarek Maciuś, staliśmy się innymi ludźmi. Mieliśmy już za sobą doświadczenia wojenne, zburzone domy, pożary, trupy i trwogę, a przed nami nieznane czasu okupacji. W nocy z 6. na 7. września radio wezwało mężczyzn zdolnych do służby wojskowej by opuścili miasto i udali się na wschód, na miejsce przypuszczalnej koncentracji. Ojciec porucznik rezerwy bez przydziału umówił się z dwoma przyjaciółmi, takimi jak on oficerami, że razem będą szli do Włodawy i za Bug. Ojciec nie przeszedł mostu na Bugu we Włodawie. Zawrócili go uciekinierzy, twierdzący, iż bolszewicy polskim oficerom wykłuwają oczy, było bowiem już po 17 września. Jego przyjaciele Rogalczyk i Fromowicz widać przeszli za Bug. Ich nazwiska spotkałem w 1943 r. na plakatach o zbrodni katyńskiej rozlepianych przez Niemców w Warszawie. Ojciec z t. zw. rajzy wrócił do domu 20 października. Zdążył jeszcze, ale niestety bezskutecznie, przekonywać swojego szwagra Kotłubaja, potomka polskich Tatarów, by nie wracał do Grodna. Wuj w Grodnie był sędzią okręgowym i słyszałem jak mówił, że mimo tego nie może rodziny, żony, syna i córki zostawić bez opieki. Nie doszedł nawet do swojego mieszkania, gdy zwinęło go NKWD i wszelki słuch o nim zaginął. Ciotkę z dziećmi wywieziono do Kazachstanu. Wróciła do Polski dopiero w 1947 r. w wyniku akcji łączenia rodzin i wystąpienia mojego ojca o powrót siostry z dziećmi.
Z wychodzących na ulicę okien naszego mieszkania obserwowałem przed wojną kondukty pogrzebowe wielkich Polaków: Romana Dmowskiego i kard. Kakowskiego oraz wielokrotnie maszerujące Wojsko Polskie. Dnia 1 października, milcząco, jak cała Warszawa przyjmowałem defiladę wchodzących od północy kolumn wojsk okupacyjnych. Prowadził je na koniu spasiony w opiętym płaszczu oficer. Wiele lat później, w opracowaniach już historycznych, na fotografii, mogłem tą kolumnę z tymże oficerem obejrzeć z jej drugiej, lewej strony. W październiku i listopadzie odwiedzaliśmy z mamą polskich żołnierzy w szpitalach, a w Dniu Zadusznym i 11 listopada zapaliliśmy znicze na bródnowskim cmentarzu na grobach polskich żołnierzy.
W 1940 r. wiosną, nad jezdnią ulicy Odrowąża, przy południowym narożniku naszego domu, wybudowano drewniany pomost. Posłużył on, jak się później okazało do strzeżonego przeprowadzania wczesnym rankiem i późnym popołudniem, długich kolumn Żydów. Zatrudniani oni byli w pobliskich warsztatach kolejowych. Ich zabiedzony wygląd oraz fakt przeprowadzania ich pod strażą wywoływał u miejscowej ludności odruch niesienia pomocy. Najbardziej przydatni tej sprawie, która również była pewną formą walki z okupantem, były dzieci. Mama przygotowywała mi kilka małych zawiniątek z chlebem, czy innym jedzeniem a moją sprawą było, udając gapia, niepostrzeżenie dla strażników, rzucić w kolumnę "życiem". Przywołałem to okupacyjnej Warszawy określenie celowo, bowiem słowo "życie" wówczas było synonimem żywności, umożliwiało życie. Takich jak ja "gapiów" rzucających "życiem" do Żydów było codziennie od kilku do kilkunastu. Trwało to przez kilka miesięcy do listopada 1940 roku.
Ojciec będąc nauczycielem pracował w szkole powszechnej i dla dorosłych. Uczył tam najczęściej biologii i jęz. polskiego. W czasie okupacji nauka języka polskiego, historii i geografii była zakazaną przez okupanta. Zamknięte były również ogólnokształcące szkoły średnie i wyższe. Jedynie czynne były szkoły zawodowe i powszechne (podstawowe) z bardzo okrojonym programem nauczania. Szkoły te stwarzały możliwość tajnego nauczania zakazanych przedmiotów, co było w pełni wykorzystywane. Miały one jednak swoje nazwy w języku niemieckim. Fakt ten zaważył na nie uznaniu do emerytury, przez władze PRL, lat pracy ojca w czasie okupacji, a winny one być zaliczone podwójnie ze względy na udział w tajnym nauczaniu. Cóż, ojciec był bezpartyjnym, sybirakiem i oficerem rezerwy WP. Mama, by uzupełniać budżet domowy zajmowała się wyrobem pasztetów, o których żartując mówiliśmy, że są z dziczyzny, a były głównie z koniny. Wraz z bratem pomagaliśmy jej w tej pracy, zajmując się również ich sprzedażą w sklepach i restauracjach. Byliśmy również zorientowani w tym, co działo się w Europie. Wiedzieliśmy o polskim rządzie na obczyźnie i roli gen. Władysława Sikorskiego. Podchodziłem do tych spraw emocjonalnie, chciałem je przekazać innym a ponieważ była wiosna, więc na ulicy wykrzyczałem "Im słoneczko wyżej, tym Sikorski bliżej", co było wówczas powszechnym wyrazem dodawania sobie otuchy. Innym, obiegowym, okupacyjnej Warszawy, określeniem co w życiu bez zginania karku jest najbardziej przydatne, było: spryt i dobry charakter w nogach a dzieci pojmowały to najszybciej.
Jesienią 1942 r., Niemcy wyrzucili nas z mieszkania przy ulicy Odrowąża, przenosząc na ul. Pańską 5 m. 10 do Śródmieścia, na teren byłego Dużego Getta. Pozostało tylko Getto Szczątkowe nazywane również Małym. Zanim nastąpiła likwidacja Dużego Getta, przez które przechodziła linia tramwajowa, czasami z niej korzystałem. Tramwaj nie zatrzymując się przejeżdżał przez jego teren. Przystanek był dopiero po aryjskiej stronie. Obraz oglądany z wagonu tramwajowego był jakby nie z tego świata, a przecież żyliśmy w tym samym mieście, z tym, że Żydzi żyli w dzielnicy zamkniętej. Ogrodzonej murem i pilnowani przez żydowską policję i niemieckie służby. Przejeżdżając widziało się krańcową biedę, konających na ulicach i porażający brud, wynikający z przeludnienia i braku dostatecznej ilości służb sanitarnych. Obraz ten ponownie stanął mi przed oczyma, gdy po raz pierwszy udaliśmy się do przydzielonego nam mieszkania na Pańskiej. Brakowało jedynie ludzi. Ludzi, których stąd wypędzono w brutalny sposób, o czym świadczyły ślady. Porzucone drobne sprzęty, zarówno domowe, jak i liturgiczne, zdeformowane oprawki okularów bez szkieł, czy jakieś szmaty. Ale najgorsza to była ta pustka, ten brak życia, ta martwa atmosfera mówiąca o jakiejś bezgranicznej ludzkiej tragedii.
Przydzielone nam mieszkanie, komfortowe jak na ówczesne standardy, było dużym (4 pokoje + kuchnia +łazienka), ale z piecami węglowymi. Miało dodatkowe wejście przez oficynę (dla służby), co było istotne w konspiracji,. Po jego stanie było widać, iż służyło wielu domownikom w tym zapewne i rabinowi. Świadczyła o tym nie tylko mezuza na odrzwiach, której posiadanie w tym miejscu było obowiązkiem każdego prawowiernego Żyda, ale w mieszkaniu były porzucone szaty liturgiczne i zwoje Tory. Zanim jednak zamieszkaliśmy, to wpierw odbyło się gruntowne sprzątanie, wraz z wyrzuceniem na śmietnik wszystkich mebli i pozostałości ze względu na potworne zapluskwienie. Stopniowo w miarę zasiedlania, dzielnica nabierała życia, a ślady po jej zamknięciu, wraz z murem ją okalającym zniknęły. Zima 1942/43 była bardzo ciężką. Brakowało nam środków na utrzymanie, szczęśliwie wspomagała nas rodzina. Ja właściwie ją przezimowałem u wujostwa w Siedlcach. Od wiosny natomiast w ramach uzupełniania swojej ograniczonej przez okupanta nauki miałem spotkania z bibliofilem wujem Ludwikiem i ciocią w ich mieszkaniu na ul. Inflanckiej 1.
Moje spotkania w domu wujostwa w Warszawie były w dużej mierze uzupełnianiem programu nauczania okrojonego przez Niemców a także dla mnie od tego czasu stały się spotkaniami z bibliofilem, zjawiskiem niespotykanym w obecnej rzeczywistości. Trwały one przeszło rok do czasu Powstania. Miały miejsce raz w tygodniu, ich przebieg zdawał się niezmienny i ustalony, składający się z trzech części. Zawsze jednak z pewną dozą podniecenia oczekiwałem tej ostatniej, trzeciej. Pierwsza była nudną, bo ciocia usiłowała nauczyć mnie czegoś po angielsku. Druga była męczącą, gdyż przy erzacowej herbatce i herbatniku wypadało mi prowadzić konwersacje jakby nie było z dużo starszymi osobami. Mnie wówczas bliższy był obyczaj warszawskiej ulicy, jako że zanim stałem się uczniem na tajnych kompletach dorabiałem i byłem gazeciarzem. Trzecia część rekompensowała i to z naddatkiem dwie poprzednie. Wuj bowiem za pierwszym razem podprowadził mnie do gabloty i wyjąwszy małe pudełeczko, które po otworzeniu zagrało pozytywką jakąś melodie, wyjaśnił, iż ta tabakierka należała do dyktatora powstania listopadowego generała Józefa Chłopickiego. A ten czarny mały krzyżyk to został zrobiony na pamiątkę Olszynki Grochowskiej, właśnie z gałązek drzew tam rosnących. Pokazał mi także rycinę z Czwartakami broniącymi pozycji nad rowem z wodą. Następne cotygodniowe spotkania tak z niecierpliwością oczekiwane wypełnione były dalszymi opowieściami popartymi realiami tego czasu. Tak zapoznałem się z Redutą Ordona, Wolą i gen. Sowińskim, Ostrołęką, Iganiami, Stoczkiem i dowiedziałem się o Tysiącu Walecznych i kim były Dzieci Warszawy, ale nie tylko, bo myślami wspartymi rycinami zawędrowałem do Paryża na spotkanie z Mickiewiczem i Lelewelem oraz do polskiej szkoły w Batignolles.
Właśnie tam, na tych spotkaniach na Inflanckiej zacząłem rozumieć termin "bibliofilstwo", czy "bibliofil" oraz fakt, iż kolekcjonerstwo to wielka pasja, szczególnie jeśli dotyczy dóbr kultury narodowej. Wujka specjalny obszar zainteresowań poznałem właśnie wówczas, a było nim powstanie listopadowe i lata go poprzedzające oraz okres Wielkiej Emigracji. Poczułem również smak odbierania historii nie jako suchy książkowy przekaz, przetrawiony czasem przez późniejszych historyków, czy nawet interesująco przekazany wykład, ale jako coś realnego, żywego poprzez bezpośredni kontakt z eksponatami, świadkami wydarzeń i ich współczesnym opisem. Wuj prezentował mi żywą historię i być może dlatego później z tą "szkolną historią" miałem kłopoty, bowiem nie mogłem jej zrozumieć. Wuj nauczył mnie rozumienia historii poprzez "historię muzealną" a inna mi wówczas nie odpowiadała.
Jak już wspomniałem, wiosną i latem
1943 r. byłem gazeciarzem. Swój majdan, plik ok. 30 - 40 szt. "Nowego
Kuriera Warszawskiego" odbierałem z drukarni przy ul. Marszałkowskiej na
rogu z Placem Unii Lubelskiej. Dziennik ten powszechnie był nazywany
"gadzinówką" lub "szmatławcem", jako że był tubą władz
okupacyjnych. Warszawiacy jednak umieli czytać między wierszami i rozumieli co
oznacza "skracanie linii frontu", czy "taktyczne
zajęcie dogodnych pozycji". Gazeciarze poza tym pełnili swoistego
rodzaju służbę informacyjną o tym co się dzieje w mieście. Przewieszony przez
lewe ramię plik gazet - majdan był jakby łączem informacyjnym, przez które
przekazywano wieści o tym co dzieje się w danej dzielnicy, czy ulicy.
Gazeciarzom takie informacje przekazywali gazeciarze z sąsiednich rejonów lub
nawet zwykli przechodnie, jeśli coś na ten temat wiedzieli. Obowiązkiem
gazeciarza, posiadacza takiej informacji, było przekazanie jej dalej,
bezpośrednio przechodniom, a najlepiej robiło się to w tramwaju, szczególnie
tym, który zmierzał w zagrożony przez Niemców rejon. Starsi moi koledzy w tym
fachu uczyli mnie i pomagali udzielając mi wielu wskazówek. Przydzielili mi
najłatwiejszy i najbliższy rejon, tj. parzystą stronę ul. Marszałkowskiej między
Placem Unii Lubelskiej a Placem Zbawiciela. Tak, to była rzeczywista
solidarność, łączyła nas walka o byt, którą była także walka z okupantem choć w
naszym wypadku nie miała ona zbrojnego wymiaru.
Mieszkając w Śródmieściu codziennie podrzucano nam centralny organ prasowy Armii Krajowej jakim był "Biuletyn Informacyjny", który po przeczytaniu rodzice przekazywali następnym do czytania. Nasze mieszkanie, centralnie położone w mieście, stosunkowo blisko Małego Getta a równocześnie poza głównymi szlakami komunikacyjnymi miasta, często bywało miejscem nieoczekiwanych spotkań. Pewnego wieczoru otworzyłem drzwi nieznanemu panu, który szukając jakiegoś lokatora, i udając, że się pomylił, z korytarza, przez uchylone drzwi bacznie rozglądał się po wszystkich pokojach. Rozpoznała go ciocia, która przed wojną była pracownicą w sekretariacie Ministerstwa Komunikacji, przez który przechodziło wiele różnych osób. Był to szpicel, Ludwik Kalkstein, ten który jak później dowiedziałem się, wraz z Eugeniuszem Świerczewskim i Blanką Kaczorowską zdradą doprowadzili do pojmania w czerwcu 1943 r. gen. "Grota", Stefana Roweckiego, Dowódcę Armii Krajowej. Po wojnie, Kalkstein wraz z Kaczorowską, nie ponosząc za ten czyn jakiejkolwiek odpowiedzialności, pod zmienionymi nazwiskami i opieką służb specjalnych PRL, spokojnie sobie żyli na Pomorzu Zachodnim.
Często przez nasze mieszkanie przewijali się Żydzi, uciekinierzy z getta. Jednym z nich była koleżanka mamy z radomskiej szkolnej ławki. Za pomoc jakiej jej udzieliliśmy, chciała obdarować mamę jakimiś kosztownościami z otwartego neseseru, co widziałem przez szparę w uchylonych drzwiach. Mama ich nie przyjęła mówiąc: "Tobie są bardziej potrzebne". Zdarzało się, że przychodzili do nas jacyś uciekinierzy z getta i należało ich przeprowadzić na przygotowaną wcześniej, przez nieznane nam osoby, melinę. W takim przeprowadzaniu ja również brałem udział. Mama mówiła mi adres meliny a uciekinierowi nakazywała iść za mną w odległości nie mniejszej niż 5 kroków i właściwie reagować na moje gesty nakazujące określone zachowanie.
Wielkanoc 1943 r. objawiła się czarnymi chmurami powstałymi nad Małym Gettem. Jego mieszkańcy przestali się już łudzić, że za kosztowności i pracę wykupią u Niemców swoje życie. Zwarli się w samoobronie i buntując się przeciwko swojej i narzuconej przez Niemców władzy, zaczęli walczyć już tylko o godną śmierć. Walka ta była rzeczywiście samoobroną i buntem, bowiem jej nawet najkorzystniejszy dla nich rezultat nie mógł doprowadzić do powstania jakiegoś suwerennego państwa, czy jakiejś enklawy swobody. A taki cel miały polskie powstania, nawet te nieudane i dlatego w polskiej historiografii nazywają się one wszystkie powstaniami z zaszczytnym jeszcze uzupełnieniem - narodowymi. W czasie kiedy jeszcze trwały walki, byłem świadkiem jak przechodnie, by umożliwić uciekinierom wyjście z kanału otoczyli właz i pomogli im wyjść oraz wmieszać się w tłum. Było to na ul. Siennej przy skrzyżowaniu z ul. Wielką.
We wrześniu 1943 r. przestałem być
gazeciarzem a stałem się uczniem I klasy gimnazjalnej I Państwowego Męskiego
Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie. Mój starszy brat został
wtedy uczniem IV klasy gimnazjalnej tej samej szkoły. Było to możliwe dzięki
systemowi tajnego nauczania. 12. osobowe grupy uczniów, w ciągu 6. dni tygodnia
spotykały się ze swoimi profesorami. Każdego roboczego dnia tygodnia w innym
mieszkaniu spotykaliśmy się na 5 - 6. godzin lekcyjnych. Uczyliśmy się bez
książek, robiliśmy i to nie wszyscy, jedynie krótkie notatki. Takie były
wymagania konspiracji. To była wspaniała szkoła, bowiem wola dobrego działania
była po obu stronach. Uczniowie chcieli się uczyć a profesorowie chcieli ich
nauczyć. Dodatkowym czynnikiem zwiększającym możliwości zdobywania wiedzy był
bezpośredni i codzienny bliski kontakt z profesorem, który stawał się niejako
członkiem kompletowej rodziny, mimo, że staraliśmy się by jeden o drugim jak
najmniej wiedział. Konspiracja! Wagarowania nie było. W czerwcu 1944 r. w
naszym mieszkaniu miała miejsce t. zw. "mała matura" na kompletach
mojego brata. Drugim istotnym wydarzeniem w grupie brata było składanie na
krucyfiks wojskowego przyrzeczenia by stać się żołnierzami Armii Krajowej. Ja
często byłem jakby gońcem, który przenosił różne notatki brata do jego kolegi z
kompletu, na ulicę Sosnową, tam i z powrotem.
Jego nazwisko, Sołtan, spotkałem po
wojnie na brzozowym krzyżu na powązkowskim cmentarzu w kwaterze Batalionu
"Zośka".
W styczniu 1944 r. Niemcy rozstrzelali ponad 100. więźniów Pawiaka w Alejach Jerozolimskich przy skrzyżowaniu z ul. Marszałkowską. W tym czasie szedłem Alejami i przechodziłem przez Marszałkowską nie omijając miejsca kaźni. Skazańcy mieli zarzucone na głowę worki, spętane z tyłu ręce oraz częściowo nogi. Poruszali się ospale i z dużą trudnością. Pod murem nastąpiła egzekucja. Ich ciała specjalna ekipa, pod nadzorem egzekutorów-Niemców, w mundurach strażników załadowała do ciężarówek, którymi zostali przywiezieni. Ludzie podchodzili do miejsca egzekucji i w akcie pamięci swoje chusteczki moczyli w ich krwi. Słyszałem ich wypowiedzi, że zapewne mieli usta zalane gipsem, by nie mogli mówić, oraz że ta mała ilość krwi na chodniku i ich powolne rozchwiane ruchy świadczyć miały o pobraniu od nich przed egzekucją dużej ilości krwi. Do dzisiaj, w Alejach, od północnej strony hotelu "Forum" jest złomek muru, a na nim stosowna tablica, mówiąca o tym morderstwie.
A potem to już były tylko "Dni wolności na Hożej".
Oświęcim w kwietniu 2006 r. Andrzej Szydlik.